|
08-02-2012 - 08:07
|
||||||
![]() |
||||||
Menu główneInformacja
Strona która oglądasz jest tylko archiwum materiałów z poprzednich lat i nie jest już aktualizowana. Jeśli chcesz wejść na obecny portal Europa 21 - z najnowszymi informacjami - kliknij tutaj
forum
Online
Obecnie jest 13 gości i 0 użytkowników online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować tutaj |
Armia małych miasteczekAutor: foxmulder Dodano: sobota, 05 maja 2007 - 12:33
828 raz(y) oglądano.
Poprzeczka systematycznie spada: już co piąty wojskowy nie ukończył szkoły średniej, zniesiono zakaz przyjmowania osób karanych. Mimo to armia nie jest w stanie zapewnić obsady całego irackiego kontyngentu
Armia małych miasteczek To z Ameryki, którą znamy słabo, położonej z dala od wieżowców Manhattanu, pochodzi większość żołnierzy, którzy giną w Iraku. Ich rodziny, choć zapłaciły za tę wojnę najwyższą cenę, wciąż uważają, że było warto Gdy do Mechanicsville, miasteczka zagubionego wśród upraw kukurydzy w stanie Iowa, przywieziono trumnę z ciałem Donalda, dom państwa Griffith przez trzy dni odwiedziło 600 sąsiadów. - Przynosili żywność, pieniądze, wszystko, co mogło być nam wtedy potrzebne - wspomina Diane, matka 29-letniego sierżanta, poległego w Iraku dwa lata temu. W dniu pogrzebu szkoła, urząd miejski, sklepy zostały zamknięte. Cała ludność miasteczka - 900 osób - poszła na cmentarz. Po obu stronach zakrytej amerykańską flagą trumny ustawili się najlepsi przyjaciele Donalda. Kilku siedziało na harleyach-davidsonach - na pamiątkę drugiej, obok armii, pasji zmarłego. - Zapewne pędzi teraz na swoim ulubionym motorze prostą drogą do nieba - powiedziała Linda Stransky, pastor tutejszego kościoła metodystycznego. Instynkt zwiadowcy Mama Donalda nie ma wątpliwości: jej syn był bohaterem. Gdy 11 marca 2005 roku jego jednostka znalazła się w krzyżowym ogniu irackich napastników, sierżant pozostał w tyle, aby zabezpieczyć odwrót swoich kolegów. Śmiertelnie ranny resztką sił rzucił rakietnicę, dając znać towarzyszom broni, gdzie znajduje się wróg. W ten sposób uratował od pewnej śmierci przynajmniej kilkunastu żołnierzy. - Był zawsze pierwszy do boju, ostatni do odwrotu. Nigdy nie spotkałem tak odważnego człowieka - przyznał dowódca Donalda, gdy przekazywał jego siostrze tragiczną wiadomość. To nie były czcze pochwały: pośmiertnie sierżant został odznaczony za bohaterstwo najwyższymi amerykańskimi medalami: Purpurowym Sercem i Brązową Gwiazdą. Choć od tamtych dni minęło już sporo czasu, Diane, zamykając oczy, często widzi swojego syna, który w śmiertelnej agonii próbuje jej dodać otuchy. - Był zawsze sercem naszej rodziny. Gdy przychodził do domu, robiło się święto, nawet jeśli to był zwykły dzień. Ja nie chciałam, żeby poszedł do wojska - rozumiesz, jestem przede wszystkim matką. On zrobił to za moimi plecami. I tłumaczył mi: jeśli ja tam nie pójdę, to oni, terroryści, przyjdą tu do nas. W Iraku zgłosił się na ochotnika do zwiadu, jednej z najbardziej wystawionych na zagrożenie jednostek amerykańskiej armii. - Nie miał złudzeń. Doskonale wiedział, na jakie ryzyko się decyduje. Miał znakomity instynkt - mówi matka Donalda. W Mechanicsville życie nie zawsze jest łatwe. W małej społeczności o wymarzoną pracę trudno. Diane, matka siedmiorga dzieci, przez lata łączyła obowiązki domowe z pracą - była barmanką. Ojciec Donalda po 20 latach służby w wojsku postanowił wrócić do rodzinnej miejscowości, choć oznaczało to zawodową degradację: został kierowcą w urzędzie gminnym. Mimo dwóch pensji w rodzinie się nie przelewało. Ideały wśród kukurydzy Naokoło wszyscy żyją z kukurydzy. Jednak z każdym rokiem coraz więcej tych, którzy mają niewielkie, jak na tutejsze warunki, kilkusethektarowe farmy, rezygnuje z upraw i wyprowadza się do dużych miast. Nie wytrzymują konkurencji wielkich latyfundiów przemysłowych. Mimo to rodzina Griffith wybrała właśnie taką prowincjonalną, tradycyjną Amerykę. Tu dla dzieci jest bezpieczniej, tu ludzie nie pędzą jak w Nowym Jorku czy Los Angeles owładnięci amokiem kariery i pieniędzy, tu wiara wciąż znaczy bardzo dużo. Imigrantów jest niewielu, a każda nieznajoma twarz od razu wzbudza zaciekawienie. Ale choć do najbliższej granicy z obcym państwem jest stąd wiele tysięcy mil, wizja Ameryki świecąca przykładem dla świata niby miasto na górze, wizja kraju "dzielnych i wolnych ludzi" wciąż pozostaje żywa. - Gdy Michael kończył szkołę średnią, nauczyciel kazał każdemu napisać wypracowanie, kim chce zostać w przyszłości. Oddał kartkę po kilkunastu minutach. Nie miał wątpliwości: chciał być żołnierzem, który obroni kraj przed wrogami i wewnątrz, i na zewnątrz - wspomina Merrille Carlson, matka sierżanta, który także zginął w Iraku zaledwie trzy tygodnie przed Donaldem Griffithem. Jej zdaniem porzucenie dziś irackiej misji oznaczałoby, że odwaga i poświęcenie młodych żołnierzy nie miało sensu, że poszło na marne. Dumni, ale zniechęceni Dla przyjezdnych z Europy takie słowa mogą brzmieć kuriozalnie, może nawet pretensjonalnie. Ale w Ameryce nie są rzadkością. W weekend wielkanocny na ogromnym parkingu przed Muzeum Marines w Quantico pod Waszyngtonem nie było miejsc, tak wielu przyjechało zwiedzających. W Norfolk, największej bazie marynarki wojennej świata położonej w południowej Wirginii, lokalne władze musiały uruchomić dodatkowe rejsy po porcie, bo do kasy biletowej zgłosiło się tysiące chętnych. Taka sytuacja powtarzała się w setkach muzeów, memoriałów, zabytkowych okrętów i centrów poświęconych siłom zbrojnym i dziejom oręża w całym kraju. Amerykanie są dumni ze swojej armii nie tylko dlatego, że uważają ją za najlepszą na świecie i wierzą w słuszność jej misji. Stany Zjednoczone za pamięci ludzkiej nie przegrały na swoim terytorium żadnej wojny. Dlatego wola walki, w przeciwieństwie do Europy, nigdy nie została tu złamana. A przez siły zbrojne przewinęło się tyle milionów ludzi, że prawie każdy ma w rodzinie kogoś, kto zawdzięcza armii edukację, silny charakter, lata życia, z których jest najbardziej dumny. reszta artykułu Lewica na Bliskim WschodzieAutor: Anonymous Dodano: niedziela, 22 kwietnia 2007 - 18:02
772 raz(y) oglądano.
Lewica na Bliskim Wschodzie
Amir Taheri The New York Post | 11. IV. 2007 [ze strony FrontPage Magazine.com, “Betrayed”] Podczas gdy przedstawiciele lewicy w USA i Europie wzywają zachodnie demokracje do opuszczenia Afganistanu i Iraku na rzecz talibanu i Al Kaidy, oraz do poddania się khomeinistom w Iranie, w całym tym regionie pojawiają się nowe przymierza przeciwko dżihadystom. W większości krajów Bliskiego Wschodu, głównie w Afganistanie i Iraku, lewica jest częścią tych przymierzy. * W Iraku dwie rywalizujące ze sobą partie komunistyczne, wraz z demokratami i innymi grupami centrolewu popierały usunięcie Saddama Husseina i nadal odgrywają ważną rolę w nowym pluralistycznym systemie. Są one zdecydowanie przeciwne przedwczesnemu wycofaniu sił amerykańskich i stowarzyszonych, czego żąda Kongres USA. * W Libanie Postepowa Partia Socjalistyczna Walid’a Jumblatt'a jest w samym sercu demokratycznego ruchu przeciwko podejmowanym przez Republikę Islamską próbom dominacji w tym kraju poprzez Hezbollah jako namiestników. Libański ruch demokratyczny obejmuje inne partie lewicy, przede wszystkim Ruch Socjalistycznego Wybawienia [Socialist Salvation Movement] (Inqadh) oraz Ruch Demokratycznej Lewicy. * W Iranie praktycznie cała lewica odrzuca antyamerykanizm prezydenta Mahmoud’a Ahmadinejad'a i wzywa do normalizacji stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Ostatnio utworzony ruch niezależnych związków zawodowych staje się głośnym przeciwnikiem khomeinizmu. Cały artykuł: 'Lewica na Bliskim Wschodzie' (7082 B więcej)
Islamofob ChurchillAutor: Anonymous Dodano: niedziela, 22 kwietnia 2007 - 17:41
860 raz(y) oglądano.
Człowiek, który ostrzegał Brytanię przed nazistowskim zagrożeniem, w czasie gdy Chamberlain ratował “pokój” w Monachium. Premier, który powiedział: „Będziemy bronić naszej wyspy bez względu na koszt, będziemy walczyć na plażach, będziemy walczyć na lotniskach, będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy”. Według dzisiejszych standardów, określanych przez europejski establishment, media i lewicę, Winston Churchill byłby nazwany islamofobem.
W dzisiejszej politycznie poprawnej Brytanii niewiele osób jest przygotowanych, by otwarcie krytykować islamizm. Niewielu z nich jest świadomych komentarzy Churchilla na temat islamu, a jeszcze mniej miałoby odwagę je dzisiaj powtórzyć. Churchill pod koniec wieku, był wojennym korespondentem w brytyjskiej armii w północno-zachodnich Indiach (dzisiaj Pakistan) przy granicy z Afganistanem. Pisał dla Pioneer Mail i London Daily Telegraph. Napisał również książkę z tamtego okresu – Historia Wojska Polowego Malakandu. W książce tej zanotował m.in.: “W samej rzeczy jest ewidentne, że chrześcijaństwo, jakkolwiek zwyrodniałe i wypaczone przez okrucieństwo i nietolerancję, zawsze stosuje łagodzący wpływ na ludzkie pasje i chroni ich przed bardziej gwałtownymi formami fanatycznej gorączki, tak jak jesteśmy chronieni szczepieniami przed ospą. Natomiast mahometańska religia zwiększa, zamiast pomniejszać, zaciekłość nietolerancji. Była ona na samym początku propagowana mieczem i zawsze odtąd jej wyznawcy ulegali tej formie szaleństwa, w większym stopniu niż ludzie innych wyznań.” George W. Bush po 9/11 opisał islam jako „religię pokoju”. Churchill używał tego terminu w odniesieniu jednak do innej religii: “Cywilizacja jest w konfrontacji ze zbrojny mahometanizmem. Siły postępu zderzają się z siłami reakcji. Religia krwi i wojny stoi twarzą w twarz z religią pokoju. Na szczęście religia pokoju zwykle jest lepiej uzbrojona.” W roku 1898 Churchill dołączył do armii Lorda Kitchener’a i brał udział w bitwie o Omdurman (obecnie przedmieścia Chartumu). W następnym roku ukazała się dwutomowa książka Churchilla na temat dżihadu Mahdiego, zatytułowana „Rzeka wojny: Sprawozdanie z odzyskania Sudanu.” Na stronach 248-250 drugiego tomu Churchill pisze: “Jak okrutne są plagi, które mahometanizm zsyła na swoich wyznawców! Poza fanatycznym szałem, który jest tak niebezpieczny dla człowieka jak wścieklizna dla psa, jest przerażająca fanatyczna apatia. Gdziekolwiek wyznawcy Proroka żyją lub rządzą, istnieją: niegospodarne nawyki, niechlujne systemy rolnictwa, gnuśne metody handlu i brak bezpieczeństwa własności. Wypaczona zmysłowość pozbawia to życie jego wdzięku i subtelności; następnie jego godności i świętości. Fakt, że w mahometańskim prawie każda kobieta należy do jakiegoś mężczyzny jako jego absolutna własność – obojętnie czy jako dziecko, żona czy konkubina – musi opóźniać ostateczne wygaśnięcie niewolnictwa, dopóki wiara islamu nie przestanie być wielką siłą pośród ludzi.” “Pojedynczy muzułmanin może prezentować doskonałe właściwości. Tysiące stają się odważnymi i lojalnymi żołnierzami Królowej: wszyscy wiedzą jak umierać. Jednak wpływ religii paraliżuje rozwój społeczny tych, którzy ją wyznają. Nie ma silniejszej wstecznej siły na tym świecie. Daleko będąc od bycia wymierającym, mahometanizm jest wojowniczą i prozelicką religią. Właśnie rozpowszechnia się on w Centralnej Afryce, wychowując na każdym kroku nieustraszonych wojowników; i gdyby nie to, że chrześcijaństwo jest chronione w silnych ramionach nauki – nauki, której bezskutecznie się przeciwstawiało – cywilizacja nowoczesnej Europy mogłaby upaść, tak jak upadła cywilizacja starożytnego Rzymu.” W roku 1921 Churchill był sekretarzem Brytyjskich kolonii i był zaangażowany w tworzenie Iraku, Transjordanii i Palestyny. Intencją było, jak mówił przed Izbą Gmin: „utworzenie arabskiego rządu i pomoc w przejęciu pełnej odpowiedzialności, z naszą pomocą i naszym przewodnictwem i z ogromną ilością wsparcie od nas, dopóki nie będą na tyle silni by rządzić się sami…” W tych dniach, o czym mniej osób wie, Churchill wypowiadał się o wahabitach: “Duża liczba poddanych Bin Sauda należy do sekty wahabitów, formy mahometanizmu, która krótko mówiąc ma taki sam związek z ortodoksyjnym islamem, jaki by miała najbardziej wojownicza forma kalwinizmu, która urodziłaby się w Rzymie, w czasie wojen religijnych (w Europie).” “Wahabici propagują surowe życie, a to co praktykują sami, rygorystycznie narzucają innym. Pojmują jako kwestię obowiązku, a również i wiary, zabijanie wszystkich, którzy nie podzielają ich opinii oraz czynienie ze swoich żon i dzieci niewolników. Kobiety były skazywane, w wahabickich wioskach na śmierć, za pojawianie się na ulicy.” “Jest przestępstwem karalnym noszenie jedwabnej garderoby. Mężczyźni byli zabijani za palenie papierosa, a jeśli chodzi o karanie za alkohol, najgorętszy zwolennik sprawy wstrzemięźliwości w tym kraju (Wielkiej Brytanii), jest daleko za nimi. Surowi, nietolerancyjni, dobrze uzbrojeni, głodni krwi, w swoich regionach wahabici są istotnym czynnikiem, który należy wziąć pod uwagę, a byli oni i ciągle są dużym zagrożeniem dla świętych miast Mekki i Medyny.” Bin Saud, którego opisywał Churchill odnosi się do króla Abdula Aziz bin Sauda, formalnego założyciela Arabii Saudyjskiej. I rzeczywiście w 1926 poddani króla kontrolowali Mekkę. W tym roku zabili 25 członków karawany pielgrzymów z Egiptu za granie na trąbkach. Odnosząc się w późniejszych latach do nazizmu, Churchill powiedział: „Człowiekiem uległym jest ten, kto karmi krokodyla mając nadzieję, że będzie zjedzony ostatnim.” Radził również: „Zwycięstwo nigdy nie będzie osiągnięte poprzez zajmowanie ostatniej linii oporu.” za islaminfo.pl Przywileje finansowe dla meczetów w WBAutor: PERSZING Dodano: niedziela, 22 kwietnia 2007 - 17:36
633 raz(y) oglądano.
Imam uczy się angielskiego
Rząd brytyjski zamierza uregulować działalność muzułmańskich instytucji religijnych i meczetów Ruth Kelly, minister do spraw społeczności lokalnych, powiedziała, że imamowie pracujący w państwowych szpitalach i więzieniach będą musieli spełniać określone kryteria, w tym wykazać się dobrą znajomością angielskiego. Cały artykuł: 'Przywileje finansowe dla meczetów w WB' (3458 B więcej)
Hubert Kozieł: Turecki upórAutor: foxmulder Dodano: czwartek, 19 kwietnia 2007 - 10:03
794 raz(y) oglądano.
Turcja bardzo nerwowo reagują na wypowiedzi przypominające o ormiańskim holokauście.
TEKST: HUBERT KOZIEŁ Znany dziennikarz Hrant Dink został zastrzelony prawdopodobnie z powodu wyrażania opini niezgodnych z obowiązującą wersją wzmianki o tym wydarzeniu. Kilku innych intelektualistów było karanych z mocy konstytucji za ,,obrazę tureckości”. Niedawno turecki rząd zagroził Francji zerwaniem kontraktu na ważny gazociąg, jeżeli nie przestanie uznawać ormiańskich twierdzeń o holokauście. Masakry i zbrodnie z przed 100 lat poważnie ograniczają również szansę przyjęcia Turcji do UE. Czemu więc Turcy przywiązują tak dużą wagę do przeforsowania własnej wersji tej historii? Wersja upowszechniana przez Ormian brzmi następująco: Ormianie byli lojalnymi obywatelami imperium osmańskiego, choć musieli znosić dyskryminację polityczną, ekonomiczną i religijną. W 1894 r. ,,krwawy sułtan” Abdul Hamid II zaostrzył wobec nich kurs, co spowodowało rebelię w mieście Samsun. Armia turecka i kurdyjskie bandy odpowiedziały represjami, w wyniku których w ciągu 3 lat zabito od 80 tys. do 300 tys. Ormian. Zburzono i sprofanowano setki kościołów, zgwałcono tysiące Ormianek, dokonywano masowych rabunków i przymusowych nawróceń na islam. Masakry powtórzyły się w latach 1915-1917. Nie dokonywano ich tym razem pod hasłem ,,wybicia niewiernych psów”, lecz w ramach sloganu budowy ,,Wielkiego Turanu” - jednolitego etnicznie państwa pantureckiego. Rząd młodoturecki zaczął od skierowania żołnierzy i oficerów ormiańskiego pochodzenia do karnych batalionów przeznaczonych do niewolniczej pracy. Następnie uwięziono i zmasakrowano przebywającą w Stambule ormiańską inteligencję. Później planowo dokonywano deportacji wszystkich Ormian z kolejnych prowincji imperium. Ludność cywilna podczas marszów liczących setki kilometrów narażona była na okrucieństwo strażników i bandytyzm, głód, pragnienie, gwałty i rabunki. Wszyscy trafiali do obozów na syryjskiej pustyni, gdzie często ginęli z głodu, przepracowania i w masowych egzekucjach. W wyniku tej operacji śmierć poniosło od 600 tys. do 1,5 mln Ormian, Asyryjczyków i nestoriańskich chrześcijan. Do antyormiańskich i antychrześcijańskich pogromów doszło w Turcji jeszcze w 1922 r. i 1955 r. Przedstawione powyżej zdarzenia potwierdzili chociażby amerykański ambasador w Stambule Henry Morgenthau, Aghata Christie, Arnold Toynbee i Franz Werfel. Uznały je mocarstwa alianckie zgromadzone na paryskiej konferencji pokojowej w 1919 r. Świadczą o nich też dowody materialne takie jak choćby zdjęcia i wewnętrzna korespondencja tureckich władz. Historia według Turków Wersja turecka podtrzymywana przez wielu znanych orientalistów (na przykład prof. Bernarda Lewisa) i przyjęta po części przez amerykański Kongres brzmi: rząd turecki nie miał zamiaru wymordować Ormian. Stało się to na skutek walk i biedy dręczącej tureckie imperium. Ormianie mieli być rosyjską piątą kolumną, która odpowiadała w dużej mierze za klęski armii tureckiej na Kaukazie. Walczyli oni przeciwko Turkom, więc trzeba było rozwiązać problem z nimi związany. Deportacja została przeprowadzona w koszmarnych warunkach, bo Turcja borykała się z desantem pod Gallipolli. Poza tym nie było w tej części imperium wystarczającej ilości linii kolejowych. Głód i nędza panowały w całej Turcji i w ich wyniku zmarło też dużo Turków. Nie ma też dowodów na to, że zginęło więcej niż 300 tys. Ormian. Niektórzy tureccy historycy obniżają liczbę ofiar tych tragicznych zdarzeń nawet do 10 tys. ludzi. Ormianie mają się kierować nienawiścią wobec tolerancyjnej Turcji – zresztą dokonywali oni wielokrotnie zamachów na tureckich dyplomatów. Celowała w tym szczególnie komunistyczna organizacja ASALA, wspierana przez Syrię i mająca powiązania ze światowym terroryzmem. Turcy jednak często szkodzą swojej sprawie demonizując ormiańskich terrorystów. Jeden z tureckich ambasadorów oskarżył nawet Ormian o stanie za zamachem na Jana Pawła II. Tłumaczenia te nie wyjaśniają jednak dlaczego młodoturecki rząd zaangażował się w skomplikowaną i kosztowną operację deportacji setek tysięcy Ormian, obciążając znacznie linie kolejowe, w trakcie gdy armia musiała zmierzyć się z alianckim desantem w Dardanelach i rosyjską ofensywą na Kaukazie. Deportacja przyniosła też duże szkody lokalnym gospodarkom terenów, które ,,oczyszczono”. Tureckie argumenty nie uzasadniają też eksterminowania doświadczonych ormiańskich oficerów i żołnierzy w batalionach roboczych. Zachowała się telegraficzna korespondencja między Enwerem Paszą - ministrem wojny a Taalatem Paszą – ministrem spraw wewnętrznych. Enwer nalegał na większe wykorzystanie deportowanych Ormian w pracy dla armii, Taalat chciał szybszej eksterminacji. Taalat nakazał ,,eksterminację wszystkich Ormian” w tym kobiet, starców i dzieci jak również zwalnianie z pracy urzędników sprzeciwiających się tym decyzjom. Fałszerstwo historii Tureckie twierdzenia o ,,ormiańskiej piątej kolumnie” są fałszywe. Na początku wojny rząd w Stambule prowadził z ormiańskimi nacjonalistami – dasznakami rokowania w sprawie zorganizowania przez ormiańskich terrorystów akcji dywersyjnych w carskiej Rosji. Ormiański ruch nacjonalistyczny był nastawiony zarówno antyturecko, jak i antyrosyjsko. Rosja w czasie pierwszej wojny światowej wykazywała minimalne zaangażowanie w kwestię ormiańską. Turcy jako przykład ,,zdradzieckich działań Ormian” wskazują powstanie w mieście Wan z kwietnia 1915 r. Zostało ono jednak sprowokowane ekscesami tureckiego dowódcy, krewnego Enwera Paszy, który między innymi kazał przybijać jeńcom podkowy do stóp. W większości przypadków deportacje Ormian przebiegały bez oporu, gdyż zostali oni wcześniej rozbrojeni przez turecki rząd. Ormiańskie formacje nieregularne zaczęły się pojawiać w znaczących ilościach dopiero pod koniec wojny – to jest po głównej fazie masakr. Młodzi Turcy dochodząc do władzy ostentacyjnie okazywali Ormianom braterstwo - jako ofiarom ,,religijnych przesądów” i ,,tyrańskiej władzy sułtana”. Nie trzeba również zapominać o tym, że masakry z lat 1915-1917 dotknęły również Asyryjczyków i nestoriańskich chrześcijan, małe i niegroźne społeczności, które nie angażowały się w żaden sposób we wspieranie Rosji. Ideolodzy ruchu młodotureckie grozili eksterminacją również innym nie-tureckim mniejszościom, w tym Arabom. reszta artykułu Z blogu egipskiego bloggeraAutor: NeWave Dodano: poniedziałek, 16 kwietnia 2007 - 21:03
884 raz(y) oglądano.
Al-Azhar: Uniwersytet Terroryzmu
Kareem Amer Kareem Amer (naprawdę: Abdul Kareem Nabil Suleiman) jest młodym egipskim bloggerem wtrąconym do więzienia za rzekomą obrazę islamu. Artykuł jest tłumaczeniem jednego z tekstów na jego blogu, opublikowanym 7 maja 2006 roku, około dwa miesiące po jego wyrzuceniu z uniwersytetu Al-Azhar. Angielskie tłumaczenie (islam watch - 12 kwietnia, 2007) zostało zrobione przez Free Kareem Coalition, międzyreligijne stowarzyszenie młodych bloggerów i studentów college’ów, hołdujących zasadom wolności myśli i wolności słowa ******************** Nie zdziwiło mnie wcale, gdy niektóre urzędy bezpieczeństwa stwierdziły, że jednym z tych, którzy wykonali niedawne zamachy bombowe na Półwyspie Synajskim był student Wydziału Podstaw Religii z Uniwersytetu Al-Azhar. Jestem w pełni świadom tego, że uniwersytet ten jest jednym z ważniejszych egipskich producentów terroryzmu. Napełniając umysły studentów swoim akademickim programem przekształca on ich w ludzkie monstra, które nie zawahają się skrzywdzić każdego, kto ogłosi, że się z nimi nie zgadza. Jest tak dlatego, że program uniwersytetu naucza ich – po prostu – że w tym życiu nie ma miejsca dla tych ludzi, którzy się od nich różnią. Do niedawna wiedziałem o tym w sposób czysto teoretyczny, bez żadnych osobistych doświadczeń - z dziedziny faktycznego terroryzmu - ze studentami lub nauczycielami uniwersyteckimi. Jeszcze kilka godzin temu, zanim napisałem ten tekst, nie spodziewałem się stanąć twarzą w twarz z gwałtowną akcją terrorystyczną zorganizowaną przez tych, którzy studiują na uniwersytecie. [Myślałem tak], gdyż uogólnianie jest szkodliwe we wszystkich przypadkach. Tak jak obecne jest zło, tak [przecież] obecne jest też i dobro, nawet jeśli tylko w kwazi-minimalnej ilości. Cały artykuł: 'Z blogu egipskiego bloggera' (6897 B więcej)
**Islam zrozumiał czym jest seks**Autor: PERSZING Dodano: niedziela, 15 kwietnia 2007 - 00:55
1382 raz(y) oglądano.
Seksuolog, która leczy Koranem
Heba Qutb w swoim programie uczy Arabów, jak osiągnąć orgazm. Aby nie budzić kontrowersji, podpiera się słowami Mahometa Cały artykuł: '**Islam zrozumiał czym jest seks**' (3464 B więcej)
Do czego chcą wrócić muzułmanie...Autor: NeWave Dodano: piątek, 13 kwietnia 2007 - 13:31
1325 raz(y) oglądano.
Ten Złoty Wiek Islamu
Amil Imani Faithfreedom 11 kwietnia, 2007 Ogół muzułmanów okazuje szczególny rodzaj nostalgii za czymś, co lubi nazywać Złotą Erą Islamu. Całe pokolenia muzułmanów dokonały swego żywota marząc o tym, że pewnego dnia przywrócą chwałę wczesnych lat islamu. W rezultacie, ambicja stworzenia świata islamskiego stała sie [prawdziwą] obsesją wszystkich muzułmanów wierzących, że prawdziwie islamski świat ostatecznie rozwiąże wszystkie ich problemy. Ta nigdy się nie kończąca fantazja [na temat] islamskiego kalifatu jest zakorzeniona bardzo głęboko i ciężka do wyleczenia. Nawet taki [oczywisty] fakt jak ten, że mamy dziś pewną liczbę islamskich rządów sprawujących władzę w części krajów islamu nie wystarcza do tego, by sprowadzić muzułmanów [ze świata fantazji] [na ziemię,] do świata rzeczywistego. Kiedy się wskazuje na Arabię Saudyjską, Iran, Pakistan i Sudan, które to wszystkie kraje zostały przez swe islamskie rządy przemienione w ikony korupcji i zacofania, [ludzie ci] mówią, że nie są to poprawne wdrożenia islamu. Kiedy przypomni się im, że zlikwidowany reżim talibów w Afganistanie wdrażał czysto islamskie nauki bez jakichkolwiek obcych wpływów, mówią, że to było zbyt rygorystyczne jak na nasze czasy! Talibowie nie reprezentują prawdziwego islamu! Czegóż więc muzułmanie pragną? Cały artykuł: 'Do czego chcą wrócić muzułmanie...' (12659 B więcej)
Samobójstwo Zachodu a prawa kobietAutor: Marcus_Crassus Dodano: czwartek, 12 kwietnia 2007 - 12:45
1998 raz(y) oglądano.
To jest kolejny tekst prezentowanego już poniżej Samira Khalila Samira, podobnie jak poprzedni pochodzi z AsiaNews.it Ideologia wielokulturowości, tzn. ślepa tolerancja w stosunku do jakiejkolwiek kultury i tradycji niszczy tożsamość europejską a przede wszystkim znosi prawa człowieka, a w szczególności, prawa kobiet. Pierwszorzędnym przykładem jest wzrastająca tolerancja w państwach europejskich w stosunku do poligamii. W teorii, poligamia jest zakazana we Włoszech i w Europie. Jednak zdarza się coraz częściej, że w imię wielokulturowości, muzułmańscy imigranci są zarejestrowani jako poligamiści na europejskim kontynencie: jeżeli mężczyzna jest muzułmaninem i ożeniony jest w swoim kraju pochodzenia z czterema żonami, możemy to tylko zaakceptować jako dany fakt. Wszystko to jest przeciwko europejskiemu prawu i konstytucji, która popiera monogamiczne rodziny, ale w imię źle pojmowanego szacunku dla kultur, każde rozwiązanie uważane jest za akceptowalne.Tolerancja dla poligamii? We Włoszech, niektórzy konstytucjonaliści, przez wzgląd na pozostawienie ludziom wyboru w tym temacie, sugerują że tylko jedna partnerka będzie uznawana za żonę, podczas gdy pozostałe będą traktowane jako konkubiny: unormowałoby to sytuację różnych muzułmanów, którzy posiadają żonę w swoim kraju pochodzenia i biorą nową we Włoszech. Inni rozważają rozdzielenie pomiędzy ślubem cywilnym (w Urzędzie Miejskim, tylko z jedną żoną) a ślubem religijnym w meczecie, gdzie można by świętować poligamiczne małżeństwa. Naturalnie, by móc to zrobić, proponują oni, że nie będzie się czytać artykułów włoskiego kodeksu cywilnego, które wspierają monogamie i równość mężczyzn i kobiet. Podobny trend rozprzestrzenia się w Grecji. W niektórych regionach, gdzie muzułmanie są większością, rząd zaakceptował zasadę, że rządzą się oni sami według swoich norm. I tak więc, w Atenach poligamia jest zakazana, ale w regionach muzułmańskich jest dozwolona, znowuż w imię szacunku dla kultury. Wielokulturowość czyni wiele zniszczeń. Najpierw jeżeli odniesiemy się do zdrowego rozsądku: jeżeli mężczyzna jest ożeniony w Senegalu z jedną kobietą a we Włoszech z drugą, nie może być to zdefiniowane jako monoginia. Przestępstwo pozostaje przestępstwem, obojętnie czy jest popełnione we Włoszech czy za granicą. Takie triki są właściwie sposobem pokazywania luk prawnych dla poligamii. Dlatego jeżeli włoch chce mieć więcej niż jedną żonę, wszystko co musi zrobić to tylko przejść na islam. Jednak wielokulturowość przede wszystkim niszczy godność kobiet. Poligamia we Włoszech jest zakazana dlatego, że stoi w sprzeczności z zasadą równości kobiet i mężczyzn. Dla islamu również użytecznym byłoby popieranie tej zasady. W islamskim społeczeństwie kobiety nie mogą być poligamiczne (tylko mężczyźni mają to „prawo”). To samo ma miejsce przy rozwodzie, który jest dozwolony mężczyźnie, ale nie kobiecie, która jakkolwiek może poprosić swojego męża by się z nią rozwiódł. Popieranie monogamii jest dlatego drogą naprzód na ścieżce ogólnego wysiłku na korzyść praw kobiet. Imam z Vénissieux i kobiety By zrozumieć upokorzenie w jakim kobieta żyje w islamskim świecie, chciałbym przywołać fakt, który wywołał żywą debatę we Francji. W tym roku 20 lutego, sąd ostatecznie odrzucił apelację złożoną przez imama Abdelkader’a Bouziane’a. Algierskiego pochodzenia Szejk Abdelkader, imam meczetu w Vénissieux, w pobliżu Lyon, poligamista i ojciec 16 dzieci (14 z tego ma francuskie obywatelstwo) mieszkał we Francji od 1980 roku. Za swoje podburzające i nawołujące do nienawiści przemowy dostał nakaz opuszczenia kraju, wydany 26 lutego 2004 roku przez Ministra Spraw Wewnętrznych Sarkozy’ego, jednak nakaz nie został wykonany. 20 kwietnia tegoż roku, w następstwie wywiadu w „Lyon Mag”, ponownie został nałożony nakaz wydalenia imama, za jego stwierdzenia przeciwko kobietom, w szczególności za powiedzenie, że „Koran daje prawo muzułmaninowi, w szczególnych przypadkach, bić swoją żonę,” że kobiety muszą podporządkować się same swoim mężom i nie są im równe. 23 kwietnia, trybunał administracyjny w Lyon zawiesił nakaz wydalenia i odrzucił wniosek Ministra Spraw Wewnętrznych. Imam wrócił do Francji 22 maja. Jednak 5 października 2004 Państwowa Rada odrzuciła zawieszenie wydalenia i następnego dnia imam znowu został wydalony do Orano w Algierii. 21 czerwca 2005, sąd w Lyon ponownie ogłosił go wolnym, lecz 14 października został znowu skazany zaocznie. Imam złożył apelację, lecz 6 lutego 2007 sąd definitywnie odrzucił jego sprawę. Stowarzyszenie „Régards de femmes” z Lyon, które pozwało imama, deklaruje: „Prawo do godności, szacunku i nienaruszalności swojego ciała przynależy do każdej kobiety we Francji. Nie jest możliwe legitymizowanie przemocy przeciwko kobietom odwołując się do religii.” Wywiad z imamem Poniżej kilka fragmentów ze (sławnego) wywiadu z Szejkiem Abdelkader’em, na temat relacji damsko-męskich. W pańskiej opinii, czy kobiety są równe mężczyznom? Nie. Na przykład, kobiety nie mają prawa pracować obok mężczyzny, ponieważ mogą być one skuszone do cudzołóstwa. Czy kobieta musi koniecznie być podporządkowana mężczyźnie? Tak, ponieważ głową rodziny jest zawsze mężczyzna. Musi on być jednak sprawiedliwy dla żony: nie może jej bić bez powodu ani uważać jej za swojego niewolnika. Czy jest pan zwolennikiem poligamii? Tak, muzułmanin może mieć więcej niż jedną żonę. Jednak nie więcej niż cztery! Plus, są pewne warunki. Ale dlaczego kobieta nie może mieć więcej niż jednego mężczyznę? Ponieważ nikt nie będzie wiedział kto jest ojcem dziecka! Czy jest pan zwolennikiem kamienowania[1] kobiet? Tak, ponieważ bicie swojej kobiety jest dozwolone przez Koran, ale oczywiście pod pewnymi warunkami, w szczególności jeżeli zdradzi męża. Proszę zauważyć jednak, że mężczyzna nie ma prawa bić jej wszędzie. Nie może bić jej po twarzy, ale po niższych częściach ciała, jej nogach, brzuchu, jej tyłku. Może bić ją mocno, tak aby wywołać strach, tak żeby nie zaczęła ponownie! Koran: bicie kobiet dozwolone Wielu czytelników było wzburzonych, lecz na koniec imam obronił siebie, mówiąc, że tak jest napisane w Koranie. I ma rację. Jeżeli otworzymy Koran na Surze 4, wers 34, możemy przeczytać: “Mężczyźni stoją nad kobietami ze względu na to, że Bóg dał wyższość jednym nad drugimi, i ze względu na to, że oni rozdają ze swojego majątku. Przeto cnotliwe kobiety są pokorne i zachowują w skrytości to, co zachował Bóg.[2] I napominajcie te, których nieposłuszeństwa się boicie, pozostawiajcie je w łożach i bijcie je! A jeśli są wam posłuszne, to starajcie się nie stosować do nich przymusu. Zaprawdę, Bóg jest wzniosły, wielki!” W ostatnim tygodniu na Al-Jazeera, usłyszałem innego imama wyjaśniającego cztery warunki bicia kobiet: nie w twarz, bez powodowania krwawienia, bez łamania kości, nie w obecności dzieci. Jeżeli to nie jest wystarczające, należy zastosować ekstremalną karę np. mężczyzna odbiera swojej żonie prawo do stosunków seksualnych z nim. Koran mówi wprost również w kwestii nadrzędności mężczyzn nad kobietami; odnośnie do Koranu rozdział 2 (Krowa), wers 228: „Kobiety rozwiedzione mają oczekiwać trzy okresy. I nie jest im dozwolone, aby ukrywały to, co stworzył Bóg w ich łonach, jeśli wierzą w Boga i w Dzień Ostatni. A ich mężowie, jeśli zapragną pogodzenia, mają pełne prawo powrócić do nich w tym czasie. One mają prawa równe swoim obowiązkom, zgodnie z uznanym zwyczajem. Mężczyźni mają nad nimi wyższość. Bóg jest potężny, mądry!” Włoskie wydanie Koranu opublikowane przez Zjednoczenie Islamskich Społeczności i Organizacji we Włoszech (UCOII) zawiera długi przypis (niedostępny w wersji on-line) do frazy „mężczyźni mają nad nimi wyższość”: „W żałosnym wysiłku przystosowywania islamu do Zachodniej kultury, niektórzy modernizujący komentatorzy napisali, że wyższość ta ma zastosowanie tylko do prawa mężczyzn do rozwiedzenia się ze swoimi żonami, prawa które nie jest obopólne. W rzeczywistości jest to dużo ważniejsza i fundamentalna sprawa dla utrzymania równowagi na poziomie indywidualnym, rodzinnym i społecznym”. „Mężczyzna i kobieta są dwiema uzupełniającymi się rzeczywistościami, które istnieją jedna dla drugiej. Jeżeli by tak nie było, Allah (chwała niech będzie Jemu Najwyższemu) nie stworzyłby Ewy z żebra Adama i wyposażyłby każdą płeć w kompletne organy reprodukcyjne itd. itd.” „Fizyczna struktura mężczyzny jest zdolna do dużego wysiłku i znaczniejszego wystawienia na ciągłą pracę, niż kobieta, i dużej wytrzymałości na ból.” „Męska wrażliwość jest całkowicie zewnętrzna, projektuje poza rzeczywistość rodziny i ma tendencję do stania się publiczną i polityczną. U kobiet jest ona wewnętrzna, troszcząca się o samą siebie, nastawiona na bronienie tego co zostało osiągnięte i na osiągnięcie prostych środków do przetrwania i bezpieczeństwa.” „Męska psychologia jest kreatywna, eksperymentalna, kochająca ryzyko, pożądająca nowości, potwierdzająca Ja, zwykle przestronna i powierzchowna . U kobiet jest konkretna, tradycyjna, nie lubiąca ryzyka, pożądająca pewności, utrwalenia tego co jest „moje”, zwykle głęboka i ograniczona.” „W świecie rodziny, szacunek do Praw Boga i do Sunny Posłańca może stworzyć sytuacje, które wymagają afirmacji siły, która dyscyplinuje komplementarność małżonków. Ale poza komplementarnością, jest problem przywództwa w rodzinie i w społeczeństwie, które nie oznacza dominacji, opresji lub braku uznania przewagi kobiet w licznych dziedzinach i okolicznościach. Allah (chwała Jemu Najwyższemu) przypisał rolę zarządczą mężczyźnie. Jest to honorowe i trudne zadanie, które mężczyźni często dobrowolnie podejmują i za które odpowiedzialni są przed Bogiem.” Ten apologetyczny komentarz, napisany przez włoskiego konwertytę na islam, odzwierciedla opinie tradycyjnych ulemów, unikając ich przesad. Przypisuje on specyficzne zadania mężczyznom i kobietom, zadania niezmienne ponieważ określone przez Boga, które uważa się za odpowiadające naturze jednych i drugich. To jest oczywiste, że taki podział ról, ustanowiony przez Boga na wieczność i ważny dla wszystkich czasów i kultur, w żaden sposób nie jest zgodny z Zachodnią mentalnością i często jest niezgodny z naszymi prawami i konstytucjami w Europie. Wniosek Czy możliwe jest zaakceptowanie tych nauk w imię szacunku dla kultur i religijnej tolerancji? To jest poważne pytanie, przed którym stoją wszystkie kraje Zachodnie. Nie wiem czy fanatycy wielokulturowości rozumieją w jakim stopniu przyczyniają się do niszczenia ludzi. Właściwie, coraz jaśniejsze staje się, że tak zwana wielokulturowa tolerancji jest tylko cichym przyzwoleniem na subtelne formy rasizmu. W imię kulturowej różnorodności, faktycznie, wszystko jest pozostawione rozwojowi na równoległych ścieżkach, bez rozważenia żadnego rozwoju, integracji czy polepszenia w imię ludzkiej godności. Już czas, by zrozumieć w Europie, że prawo religijne nie może przeważać nad cywilnym i że ponad każdą formą tolerancji jest konstytucja kraju. Jeżeli to się nie wydarzy, islam dostanie carte blanche na kolonizowanie naszych zwyczajów. Przypisy: Wszystkie tłumaczenia Koranu pochodzą z tłumaczenia wg J. Bielawskiego (Warszawa 1986) [1] Imam, który mieszkał przez 24 lata we Francji, nie rozumiał słowa „kamienować”, które zrozumiał jako „bić”. Stąd jego odpowiedź. [2] W tłumaczeniu UCOII, generalnie przypisanemu Hamza Piccardo (Imperia, 1994), następująca uwaga może być przeczytana „To jest ideał wierzącej kobiety: ‘cierpliwa i skromna.’ Prorok powiedział: „Najlepsze kobiety są te, które cieszą się na wasz widok, są wam posłuszne, pilnują siebie i własności swojego męża podczas jego nieobecności.” islaminfo.pl Czerwono - zielony sojusz przeciwko wolności. Część kolejnaAutor: redakcja Dodano: wtorek, 10 kwietnia 2007 - 14:10
1290 raz(y) oglądano.
![]() Wstęp : Marcus Crassus. Nikt i nic nie wyjaśni lepiej, czym jest radykalna lewica (i dlaczego doszło do czerwono-zielonego sojuszu pod czarnymi flagami kalifatu), niż słowa wypowiedziane przez przedstawicieli tych grup. Komunizm został pokonany, ale nie zniszczony. Jego zwolennicy i wyznawcy nie przestali istnieć. Razem z islamistami uznali globalizujący się wolny świat za swojego wroga. Poniżej przypadek skrajny - poglądów jednego z twórców strony “Viva Palestyna”. Warto przeczytać, pomimo ogromnego przerostu formy nad treścią i widocznej grafomanii. Warto - ponieważ może pomoże to otworzyć szeroko oczy wszystkim tym, którzy wierzą w Europę opartą na wartościach, które stworzyły naszą cywilizację. Tym, którzy wciaż nie rozumieją, co z łączy fanów tzw “Palestyny” - miłośników Hamasu, komunistów, tzw “Nową lewicę” i całą tłuszczę wznosząca antyamerykańskie, antyeuropejskie i antyizraelskie hasła. Kłamstwem jest stwierdzienie, że “miły”, trochę alternatywnie ubrany, młody chłopaczek, wymachujący czerwonymi flagami na demonstracji zorganizowanej przeciwko umieszczeniu w Konstytucji UE odniesienia do wartości chrześcijańskich, “wrażliwa” kobiecinka bredząca godzinami o okrucieństwach armii izraelskiej wobec “biednego Hamasu” lub saudyjski mułła, opowiadający o zgniłym, barbarzyńskim zachodzie i jego zgniłych obyczajach reprezentują środowiska, które nie mają ze sobą nic wspólnego. Nadszedł czas, aby zrozumieć, że wojna, o której mówiła Orianna Fallaci nie toczy się tylko w Europie. Toczy się w Strefie Gazy i w Bagdadzie. Toczy się na ulicach izraelskich miast, w Waszyngtonie i w Iranie. Jeśli chcemy, aby wolny świat, po zwycięstwie odniesionym nad Sowieckim Imperium, odniósł kolejny triumf, musimy zrozumieć - nie może być już podziałów. Walka o Europę, zbudowaną na fundamentach, które stworzyła cywilizacja judeo-chrześcijańska, walka o Tel Awiw, o demokrację na Bliskim Wschodzie, o Kabul i Zabul, o niedopuszczenie do budowy bomby atomowej przez teherański reżim, wreszcie cała bitwa z islamskim terroryzmem są tylko różnymi frontami tej samej wojny. Wojny, którą wydali naszemu światu przegrani, którzy wciąż nie pogodzili się ze swoją klęską. Skorpion, zanim umrze, potrafi jeszcze śmiertelnie ukąsić. Sun Tzu powiedział - nigdy nie wygrasz, nie znając siebie i swojego przeciwnika. Tak długo - jak wolny świat i Europa nie zrozumie istnienia swojego śmiertelnego wroga - owej “osi zła” - która istnieje niezależnie od państw i rządów - tak długo nasz świat będzie w niebezpieczeństwie. Ziemia nie jest płaska. Nie zdołamy zaszyć się gdzieś na jej ciemnym krańcu, nie zważając na resztę. Nie możemy zapomnieć o jihadzie na francuskich przedmieściach. Nie mamy prawa powiedzieć “a do diabła z Francją, sama sobie zgotowała ten los”. Nie możemy powiedzieć “Afganistan? A gdzie to jest?” Nie mamy wreszcie prawa powiedzieć “Izrael? A do cholery z tymi Żydami”. Jeśli padnie Francja, ile lat minie zanim zapłoną przedmieścia Berlina i Warszawy? Jeśli Afganistan zostanie opanowany przez Talibów, ile lat minie zanim wyprodukują oni bombę, zdolną uśmiercić Nowy York? Jeśli wreszcie padnie Tel Awiw - ile lat minie kiedy - tak jak obiecał Mahmoud Al-Zahar, były minister spraw zagranicznych Palestyny - islam wejdzie do każdego domu na świecie?? Toczymy wojny, aby żyć w pokoju - powiedział Arystoteles. Paradoks? Nie - brutalna prawda. Upadek “Wielkiego Demona” jakim był Związek Sowiecki nie zakończył historii. Demokracja nie odniosła jeszcze ostatecznego zwycięstwa. Miejsce jednego, wielkiego demona zajęło setki pomniejszych. Czy mniej groźnych? Na pewno innych. Największy błąd popełnia ten, kto niedocenia przeciwnika. Nie popełnijmy tego błędu Poniżej artykuł ze strony Viva Palestyna, przeraźliwie długi i w większości tak samo nudny - ale dla paru fragmentów warto przeczytać - aby zrozumieć kim są ci ludzie...Autor : Paweł Michał Bartolik O tym, co umożliwiło przetrwanie Viva Palestyna "Nazywają nas ekstremistami - lecz to oni są nimi" - Hugo Chávez. Nie tak dawno zapadły wyroki w związku z jatką dokonaną przez pracowników łódzkiego pogotowia. Za moralnym potępieniem nie stanęło jednak w oficjalnych mediach pytanie o osadzenie tych wydarzeń w systemie, gratyfikującym zysk za wszelką cenę. Wprawdzie korzenie tego niesłychanego skandalu tkwią w schyłkowym PRL, czy jednak nie ma podobieństwa między mentalnością zbrodniarzy w łódzkich karetkach a chociażby tych, którzy - co było możliwe dzięki funkcjonowaniu kapitalizmu - wyniszczali z górą wiek temu Chiny masowo eksportując tam narkotyki, w odpowiedzi na samoobronę Państwa Środka przed tymi praktykami doprowadzili zaś do wojen opiumowych? Miłościwie panujący w najlepszym możliwym ustroju często reprezentują moralność tych, którzy w mieście w centrum dumnej Europy dla zysku mordowali ludzi, choć mieli działać na rzecz ich ocalenia. To nie mroczne, stare, odległe czasy - starczy przypomnieć o tym, że ci, którzy w USA decydowali o wszczęciu wojny w Iraku, posiadali pakiety akcji w kompaniach naftowych. Jak ujął to Theodor Weissenborn w powieści "Jak na wietrze dym": "Zrozumiałeś. To właśnie jest ta oczywistość, z jaką się robi porządki, niszczy gniazda, przeprowadza kampanie, podejmuje środki, inicjuje akcje odwszania, dba o porządek, przywraca spokój, przystępuje do ostatecznego rozwiązania, to właśnie ta bezimienność, nie skodyfikowane przez język ofiary, to przedmioty, czyli dopełnienia, które odnoszą się do podmiotów nie w sensie ludzkim, a tylko gramatycznym, czasowniki przechodnie skierowane na coś, co pozostaje ukryte: wyłączyć, zlikwidować, wytępić, to anonimowość działającego: Oberkommando der Wehrmacht, rad nadzorczych, prawodawcy, to, "co z punktu widzenia czystej techniki przesiedleń jest absolutnie wykonalne", to bomby na Hiroszimę i Nagasaki, "nowa broń", o której Harry S. Truman powiedział, że nie miał pojęcia, co to tak naprawdę jest, to cnota posłuszeństwa, abstrakcyjna norma, na którą powoływał się Adolf Eichmann, jest to też nieodwołalność, to pobłogosławienie broni, to wojenna modlitwa, głos pilota przed startem bombowców na Hanoi: "Modlę się i mam nadzieję, że bomby trafią prosto w cel!" - to obojętność, niewzruszoność, beznamiętność stali Kruppa, bilans osiągnięć, saldo, zysk, blask czarnych skórzanych walizeczek, to wypielęgnowana cera, poprzetykane siwizną włosy, timbre ich głosów, palisandrowe boazerie sal konferencyjnych, przyjazny, swobodny ton przemówień, miedziane czoła, uczciwość Nixona, humor Himmlera, godność Mussoliniego". Globalny kapitalizm - globalny holokaust. "Świat dla ludzi, nie dla zysku" - to, w gruncie rzeczy bardzo umiarkowane, hasło alterglobalistów, w Polsce nie potrafi przebić się przez mur medialny, gdyż nawet ono popsułoby sielską atmosferę samozadowolenia, w której pogrążone są do głębi klasy panujące. Alienacja rządzących bywa najprzyjemniejszą z alienacji. WE WŁADZY "OBIEKTYWIZMU" Ohydny polski żargon burżuazyjny, stopniowo zdający się doszlusowywać do standardów faszystowskiego i stalinowskiego języka politycznego, wydatnie pomógł w eliminacji z masowej świadomości między innymi praktycznie wszystkiego, co pomaga w jakikolwiek jasny sposób określić nieusuwalne w ramach systemu kapitalistycznego antagonizmy klasowe. Nie przejdzie nawet określenie kompromisu klasowego - by przyznać, że coś takiego może mieć miejsce, trzeba przyznać zarazem, że żyjemy w społeczeństwie klasowym, gdzie wielkie segmenty społeczeństwa posiadają wzajemnie sprzeczne interesy, których - jeśli stosunek tych sił zostanie w swych podstawach utrzymany - w żaden sposób nie da się zadowalająco zharmonizować. Kompromis klasowy - jak sama nazwa wskazuje - nie może być wieczny; jego trwałość jest wysoce ograniczona. Wykazał to triumf ideologii neoliberalnej, umocniony upadkiem Związku Radzieckiego. Całkowicie rozchwiało to i obróciło w gruzy stary, możliwy dzięki warunkom geopolitycznym tzw. porządku pojałtańskiego, od początku wątpliwy balans między pracą najemną a kapitałem powojennego Zachodu. Burżuazja zachodnia mniej musiała się już obawiać rewolty klasy robotniczej, dla której ideologia panująca za żelazną kurtyną - bądź też taka czy inna jej mutacja, albo wręcz niewiele mające wspólnego z rzeczywistością jej wyobrażenie - mogła być wcześniej potencjalnie atrakcyjna. Nastąpił przechył w warunkach materialnych i idący za nim, chwilami nawet jeszcze silniejszy, przechył obszaru idei. Miało to rzecz jasna przełożenie także na realia w Europie Środkowo-Wschodniej. Dlatego, jak pisze Andrzej Dominiczak ("Czy Polacy mogą rządzić się rozumem?", "Bez Dogmatu" nr 69), jeden z głównych publicystów "Gazety Wyborczej" może dziś ganić guru neoliberałów Miltona Friedmana za ideologizacje, których ostatecznym wyrazem mają być... napomknienia o minimum socjalnym - a i tak dziennik Michnika bywa portretowany jako lewicowy. Samo przez się monstrualne, ideologiczne przegięcie pały przez prawicę zostało w Polsce spotęgowane do poziomu niewiarygodnej wprost groteski. "Le Monde Diplomatique", jeden z trzech największych międzynarodowych tytułów prasowych na świecie, pochwalić może się, prawdopodobnie wzrastającym, światowym nakładem przekraczającym 1700000 egzemplarzy. Sytuuje się w ten sposób na drugim miejscu po "Newsweeku" (4000000 egz.), wyprzedzając "International Herald Tribune" (235000 egz.). W kraju nad Wisłą jednakże nie może przekroczyć dziesięciotysięcznego nakładu, mimo że nie istnieje pozycja stanowiąca dlań realną alternatywę. Immanuel Wallerstein, jeden z bodajże dwóch najczęściej w świecie cytowanych socjologów, pozostaje tu praktycznie rzecz biorąc nieznany. Te dwa z wielu przykładów wskazują na jedno: kastracji uległa niemal wszelka lewicowa narracja w Polsce. Jej zwolennicy borykają się z problemami podobnymi nieco do tych, z jakimi niegdyś musieli mierzyć się zwolennicy systemu heliocentrycznego (Giordano Bruno jest często określany jako utopijny komunista!), choć szczęśliwie jak dotąd nie są posyłani na stosy. System własnościowy, porządek międzynarodowy, charakter rodziny i obyczajowości, religia i last but not least truciciele środowiska - wszystko to chronione jest po obaleniu PRL właściwie powszechnym konsensem, obejmującym ogół pojawiających się i znikających jak w kalejdoskopie namaszczonych bytów politycznych, od Unii Pracy po Unię Polityki Realnej. (Jedyna refleksja niejednego prawicowca: jak to, w PRL środowisko nie było zatruwane?) Pozorny wyłom stworzony swego czasu przez Samoobronę nie zasługuje na szczegółowe tu rozważenie. Cezary Michalski i Kinga Dunin wspólnymi siłami zneutralizują nawet wydanie dzieł Lenina, gdy już mało kogo mogą dziwić nastolatki w koszulkach z Che Guevarą oklaskujące Tuska (który dawno przebił Edwarda Gierka w dziedzinie propagandy sukcesu). Nie sposób nie wspomnieć w tym momencie o wpisanym w powyższe katastrofalnym upadku czytelnictwa w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Gdy dziś przypominam sobie, jak zapytywano mnie swego czasu: "Czy chrześcijanie i katolicy to to samo?", "Palestyńczycy to Arabowie, a Izraelczycy to Żydzi, czy Izraelczycy to Arabowie, a Palestyńczycy to Żydzi?", zamiast dziwić się temu, czekam już tylko na pytanie: "Czy walka klasowa to walka między IV A a IV C, czy też między uczniami III F?". W takich warunkach nic dziwnego, że "apolityczność" to program (po pierwsze ekonomiczny!) Platformy Obywatelskiej, a "obiektywizm" to proizraelskość. Tym bardziej nie dziwią wyniki sondażu CBOS z sierpnia 2004 r.: 18% respondentów nie wiedziało, kim jest Jaser Arafat, 34% - kim jest Ariel Szaron. Oto dlaczego niejeden i niejedna da sobie wmówić, jakoby nie było rasistowskie stwierdzenie Fallaci, że kobieta o dobrym guście nie pójdzie do łóżka z Arabem, spełnia zaś te kryteria sąd, że Izrael nie jest wart ceny, za jaką powstał, spełnia je stwierdzenie: za nic mam, gdy mowa o Izraelu, "argument" o dwutysięcznej tęsknocie narodu żydowskiego! KU ANTYTEZIE PRZEMOCY Viva Palestyna działa - o czym nigdy nie można zapominać, gdyż nie pozostaje ona zawieszona w próżni - w warunkach takich krzyczących o pomstę do nieba niedomówień i zafałszowań, przewyższających podobne zjawiska w większości pozostałych obszarów tzw. "wolnego świata" (dyskurs postinkwizycyjny). Dlatego też chyba tylko skrajne doktrynerstwo mogłoby komukolwiek pozwolić rzucać gromy na ten portal za to, że wokół niego nie powstał dotąd masowy ruch antywojenny. Mimo utraty domeny oraz ostatnich przejściowych problemów z aktualizacjami (ktoś skwitował to: na jednym biegunie znalazła się Lewica Bez Cenzury, na drugim my), strona trwa od niemalże sześciu lat. To już, jak sądzę, w polskich warunkach sukces. Pamiętam, że kilka lat temu - gdy zainteresowanie tematyką konfliktu, za który odpowiedzialni są syjoniści, było wyższe niż obecnie - istniało kilka polskojęzycznych stron internetowych poświęconych tematyce palestyńskiej. I szczerze mówiąc, z pozostałych pamiętam tylko, jak na jednej z nich zdekonstruowano bełkot izraelskiej klasy panującej: "Jesteśmy skurwiele, ale są więksi". Diabli dziś wiedzą, gdzie zapodziały się te witryny. Czemu ich twórcom zabrakło determinacji? Czemu tamci, mimo iż być może mieli mniejsze przestoje, lepszą organizację pracy, i może też rzadziej nawzajem ze sobą polemizowali, w końcu poszli na piwo i nie wrócili? Jak sądzę, dlatego, że nie rozumieli, że na dłuższą metę nie można walczyć o Palestyńczyków, walcząc tylko o Palestyńczyków. Tak jak nie można skutecznie walczyć o robotników, walcząc tylko o robotników, o gejów walcząc tylko o gejów, o państwo świeckie walcząc tylko o państwo świeckie, itd. Nie ma czegoś takiego, jak lewica społeczna, nie ma czegoś takiego, jak lewica obyczajowa. Z samego już dorobku intelektualnego tak różnych ludzi jak Lew Trocki, Edward Said, Hugo Chávez i rzecz jasna wielu innych wynika niezbicie: emancypacja albo się upowszechnia, albo na dobrą sprawę nie ma jej wcale. W samotnej niszy, w ramach takiej czy innej redukcjonistycznej perspektywy, walczący o najpiękniejszą nawet sprawę zostaną skazani na klęskę, po drodze być może "broniąc się" przed nią jakąś obłąkańczą koncepcją w rodzaju "socjalizmu w jednym kraju". Autarkia gospodarcza w Korei Płn. i para gejów rozbijających się porsche czy maybachem to dwa łby tej samej hydry. Viva Palestyna jest od początku po dziś dzień (i, mam nadzieję, będzie aż do zwycięstwa!) protestem przeciw przelewowi krwi na Bliskim Wschodzie. Z tych samych jednakże względów, dla których kompromis klasowy nie jest antytezą antagonizmu klasowego, nie jest antytezą przemocy pokój. Cóż na przykład oznacza postulat pokoju na Bliskim Wschodzie? Oznacza - ni mniej, nie więcej - deklarację dążności do całkowitego stłumienia intifady w celu utwierdzenia obecnego - bądź, co bardziej prawdopodobne, innego, zbliżonego doń modelu syjonistycznej dominacji nad Palestyńczykami. Antytezą przemocy jest emancypacja. Ci, którzy to rozumieją, wiedzą, że straszliwy konflikt w historycznej Palestynie nie ustanie, póki interesy społeczności żydowskiej (czy raczej klasy panującej tej społeczności) pozostaną w jakikolwiek sposób uprzywilejowane wobec interesów społeczności ościennych. Taka propozycja mocarstw imperialistycznych jak "mapa drogowa" jest mapą drogową "pokoju", w żadnym razie zaś nie mapą drogową emancypacji - i dlatego, wraz z innymi podobnymi projektami, zasługuje na jak najrychlejsze wyrzucenie jej do kosza! Zdarza się, że konflikt etniczny czy rasowy w wyraźny sposób splata się bezpośrednio z konfliktami klasowymi. Widać to było szczególnie jaskrawo w RPA doby apartheidu, tak było też i w dużej mierze pozostaje w USA. Także Palestyńczycy pozostawali wielkim rezerwuarem taniej siły roboczej dla syjonistycznego burżuja; i obrońcy Izraela nieraz głoszą, że swym buntem, pierwszą i drugą intifadą, Palestyńczycy zaszkodzili sobie jedynie ekonomicznie, gdy - tak powiadają te szuje - mieli przecież bardzo dobrze. Mieli zapewnione źródło utrzymania, lecz ugryźli rękę, która ich karmiła. Naturalną zatem rolą Palestyńczyka na najlepszym możliwym ze światów jest pozostawanie dostarczycielem pracy najemnej i sprzedawanie się od sztuki własnym ciemiężycielom. Nadto - jakoś tak dziwnie się składa - indywidua w ten sposób rozumujące to nader często ci sami, którzy na wieść o śmierci palestyńskiego dziecka nieodmiennie reagują: "Rodzice nie upilnowali gówniarza". Mało jest rzeczy tak dobitnie oddających ohydę mentalności kapitalistycznej (tej samej, przez którą wszczęte zostały wojny opiumowe i która owocowała jatką w łódzkim pogotowiu!), w tym również nieodłączności jej rasistowskiego komponentu! I nieraz czuć jeszcze fetor, jaki zawsze roztacza wraz ze sobą chrześcijański (i w ogóle religijny) syjonizm: "Przecież Bóg dał Żydom tę ziemię!". (Nic tak nie waloryzuje ateizmu jak niezbyt zresztą prawdziwe przysłowie: "W okopach nie ma ateistów".) "Nazywają nas ekstremistami - lecz to oni są nimi"... Ach, nie bądźmy manichejscy! Są wszak jeszcze i inni, jakże "humanistyczni", jakże "miłujący egalitaryzm", pragnący, by równie normalnym zjawiskiem jak Palestyńczyk pracujący u Izraelczyka był Izraelczyk pracujący u Palestyńczyka. Słowem, pragną - rzecz nie sprowadza się wyłącznie do Bliskiego Wschodu - zachowania obecnego globalnego porządku ekonomicznego bez jego negatywnych następstw. Aż ciśnie się na usta pytanie o realność takiego "rozwiązania", gdy okazuje się nagle, że emancypacja Palestyńczyków da się zredukować do ułatwienia im wyciskania z kogo bądź wartości dodatkowej. Pięknoduchy i trefnisie, o których mowa, zazwyczaj nie mają pojęcia, że wystarczający odpór mrzonkom i miazmatom takich jak oni dał już Marks. NA LEWO! Antytezą przemocy jest emancypacja - dość już chyba powiedziałem, by rzec: walka jest jedna - wszystkie walki emancypacyjne świata pozostają ze sobą organicznie związane! I nie sposób przy tym nie przypomnieć słów Trockiego o walce klasowej jako walce wszystkich walk; oraz innych: "Walka klasowa nie znosi przerw". Dlatego też, pozwolę sobie dodać, ci sami, którzy zdają sobie sprawę z konieczności realnej emancypacji Palestyńczyków, winni pamiętać, że protesty takie jak choćby ostatni strajk listonoszy w Polsce zasługują na poparcie nie pomimo tego, że destabilizują, a dokładnie dlatego, że destabilizują (choć niestety o wiele za słabo). Dość Lepperów, których cała zgraja biegłych fachurów uczy jak stać się odpowiedzialnymi politykami - niech żyją nieodpowiedzialni politycy! Precz z lewicą, która podoba się prawicy - niech żyje lewica, która się prawicy bardzo nie podoba! Walka toczyć się musi o socjalizm, ten prawdziwy - jak to ujął Zbigniew Marcin Kowalewski w "Barykadzie genueńskiej": "robotniczy, samorządowy, demokratyczny, ekologiczny, feministyczny..." (jak widać, lista jest otwarta) - nie zaś jego groteskową karykaturę rodem z dawnych biurokratycznych dyktatur Układu Warszawskiego. Potwierdzi to niejeden, kto niegdyś działał w pierwszej Solidarności, dziś zaś dobitnie wskazuje, że nie angażował się z myślą o restauracji kapitalizmu w Polsce. Nic nie zmienia tu krzywdzące dla tych ludzi, coraz powszechniejsze zapomnienie. Lecz przecież nawet ów tak ponoć skrajnie zdegenerowany PRL - który, owszem, należało obalić, tak jak obecnie należy obalić kapitalizm - umożliwił rewolucję przemysłową, i niewiele tu zmieniają uwagi jego zoologicznych kontestatorów (często kontestatorów ex post), że była to jedynie pierwotna industrializacja. Taka częściowa obrona PRL nie ma nic wspólnego z np. apologią osoby Jaruzelskiego, określonego przeze mnie dwukrotnie - jakiś czas przed tym, jak Kowalewski zaprezentował w "Trybunie Robotniczej" artykuły krytyczne względem stanu wojennego - mianem kacyka, który posłał czołgi na rewolucyjną klasę robotniczą. Zapewne wielu - nawet część osób o zapatrywaniach wybitnie antykapitalistycznych - zdziwi, że może istnieć coś takiego jak krytyka stanu wojennego z pozycji lewicowych czy tym bardziej radykalnie lewicowych. Nie takie zresztą rzeczy w Polsce nie śniły się filozofom. "Rozgorzała na nowo debata o całkowitym zakazie aborcji. Jedyną stroną, która utrzymuje koherencję argumentacji, jest nieoceniona Liga Polskich Rodzin. Wszyscy inni bełkocą. Skoro już uznali płód za człowieka, to dopuszczanie aborcji w przypadku ciąży będącej następstwem gwałtu nie jest niczym innym jak straszliwą dyskryminacją ze względu na pochodzenie. Jeśli uznawałbym płód za człowieka, sam podpisałbym się obiema rękami pod propozycjami Ligi. Ci wszyscy, którzy są za jakąkolwiek dopuszczalnością aborcji, a jednocześnie wedle własnych kryteriów twierdzą, że płód to człowiek, są zwolennikami dopuszczalności zabójstw. Jeżeli Liga Polskich Rodzin jest niekonsekwentna, to tylko w jednym. Żeby zakazać aborcji, nie trzeba żadnych szczególnych praw. Wystarczą odpowiednie artykuły kodeksu karnego odnoszące się do zabójstw, a co za tym idzie kobieta i lekarz powinni być zagrożeni karą do dożywocia włącznie. Rzecz jasna nie ma żadnych powodów, żeby uznawać płód za człowieka, chyba że w sensie potencjalnym, tak jak ziarna nie uznaje się za roślinę, a projektu za budynek" - pisze Michał Kozłowski w artykule "Łzy pułkownika albo człowiek z szafą" ("Bez Dogmatu" nr 70). O reakcyjności, restrykcyjności, anachroniczności polskiego prawa, bezczelnie portretowanego jako kompromis, świadczy to, co pisała na grupie dyskusyjnej Viva Palestyna Anna Wajda, która na przełomie 2006 i 2007 r. znajdowała się w Palestynie: "Podróżowałam po okupowanej Palestynie m.in. z amerykańską położną, która przez dwa miesiące pracowała w jednym z palestyńskich szpitali, przyjmującym kobiety w wiejskim rejonie w północnej części Zachodniego Brzegu. Około 60% kobiet przyjmowanych na porodówkę miało za sobą przynajmniej jedną aborcję (to na podstawie kartotek szpitalnych). W Palestynie aborcja jest wykonywana legalnie i chyba można powiedzieć, że na życzenie, bo wystarczy, że dziewczyna woli skończyć szkołę zanim urodzi dziecko. Kobiety decydują się na aborcję z powodów takich samych, jak gdziekolwiek indziej i mają pod tym względem łatwiej, niż Polki i Portugalki. Jest przy tym zupełnie obojętne, czy i na ile są gorliwymi muzułmankami. Co wprawiło mnie w zdziwienie, bo nie wiedziałam wcześniej, że nawet islam jest w sprawie aborcji przychylniejszy kobietom niż polski kościół katolicki czy polskie władze. Autonomia Palestyńska, sprawująca cywilną władzę w tamtym rejonie Zachodniego Brzegu nie wpadła widocznie na pomysł, by aborcję zakazać czy ograniczyć. I to wszystko pod okupacją. Antykoncepcja (spirala) też jest szeroko stosowana i nawet rządzący obecnie Hamas żadnej kampanii przeciw antykoncepcji nie prowadzi". W Polsce, wskutek potwornego kryzysu lewicy (kryzys Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny i paru innych podobnych organizacji w Palestynie jest w porównaniu z tym o wiele lżejszy), niewielu jest ludzi gotowych krzyknąć: król jest nagi. A nawet gdy krzyknie, tak jak - proszę wybaczyć nieskromność - choćby autor niniejszego tekstu oznajmiający raz po raz: "Wojna z terroryzmem? Puste hasło, woda święcona, którą pije każdy diabeł", zostanie po prostu uznany za wariata. Choć wydaje się być jasne jak słońce, że między deklarowanymi i rzeczywistymi celami mocarstw imperialistycznych istnieje przepaść, a wydarzenia 11 września 2001 r. zwiększyły pole do popisu dla politycznych szalbierzy. I cóż z tego, że w sąsiadującym z artykułem Kozłowskiego tekście Mateusza Kwaterki "Bzik" czytamy o przygodach autora, który jednego dnia miał możność zetknąć się na warszawskiej ulicy z takimi oto między innymi tytanami myśli politycznej: "Ja studia na Miodowej kończyłam, a pan, jakie pan ma studia, co pan umie oprócz chujem pierdolić? Ja się nie pierdolę, wracam z czuwania. Wolę swoją babcię, księdza Jacka Dyndałę i Pana Boga od pańskiej śmierdzącej dupy. (...) Piłsudski, by pani nie zaufał, on nie pieprzył kurew z Mariotta. Jak ja bym była Naczelnikiem, to bym wreszcie zrobiła porządek z tym całym burdelem, prałabym po dupie i pracować do domów dziecka gnała, aż byłby spokój. Ja mam instynkt kobiecy, że sam diabeł, szatan i żadna kurwa mi na to już nic nie powie"; "(...) Żołnierz, ty się za Irak wstydź. W czym był Husajn gorszy? On by zrzucił bombę na tę Warszawę i te wszystkie kurwy, żeby was wszystkich szlag trafił. (...) Niech pan leci do Watykanu całować dupę temu szwabskiemu papieżowi. (...) Jan Paweł II był spod znaku byka, on by skiby chleba nie dał dla tych wszystkich układów i mafii"? Ano tyle z tego, że wariaci i wariatki podobni tym, którzy współtworzą Viva Palestyna, przegrywają batalię o przestrzeń publiczną z normalnymi z tekstu Kwaterki. Zachowania posłanki Beger i zamieniającej mównicę sejmową w ambonę Gertrudy Szumskiej bynajmniej nie stanowią najskrajniejszych przejawów praw rządzących tą przedziwną konstelacją, w której, chcąc czy też raczej nie chcąc, w równym stopniu, co jej główni aktorzy, choć przecież nie na równi z nimi, usadowieni są twórcy i Czytelnicy niniejszego serwisu. Mówiąc najprościej, w warunkach kapitalizmu trudno nie dostać fioła. I skoro o szaleństwie mowa, aż prosi się o zacytowanie urywek z "Mojego życia" Trockiego: "Pod koniec wojny trzydziestoletniej, reformacja niemiecka musiała być zapewne uważana za dzieło ludzi, zbiegłych z domu wariatów. Było tak nawet do pewnego stopnia: ludność Europy wyrwała się ze średniowiecznego klasztoru". Nowoczesny dom wariatów, nosząc dumną nazwę kapitalizm, zdaje się równocześnie dopiero czekać na nazwanie; to, że wokół Viva Palestyna nie powstał dotąd masowy ruch antywojenny, okazuje się koleją rzeczy równie bądź niemal równie naturalną jak to, że system heliocentryczny nie zyskał powszechnego uznania w dzień po jego ogłoszeniu. ZMORA NA UMYSŁACH ŻYJĄCYCH W międzyczasie - wszystko na to wskazuje - produkty aberracji umysłowych, których nie zdołaliby antycypować francuscy surrealiści ani norwescy blackmetalowcy, zyskają w kraju wymiar niemalże sanctum. W kapitalistycznym domu wariatów zawsze straszy Kruk Mojżesz z "Folwarku Zwierzęcego" - a przygrywają mu słynne Organy Stalina, który po inwazji hitlerowskiej na Związek Radziecki odebrał drukarnię Związkowi Bezbożników, przekazując ją cerkwi. Klechy polowe były zachwycone. Już niegdysiejszy premier Marian Krzaklewski, wymachujący publicznie z dumą szabelką szlachciury, znalazł niezawodną receptę na problemy ekonomiczno-społeczne Polski: "intronizację Chrystusa-króla". Bonapartyzacja oficjalnego życia politycznego w kraju musiała skutkować poza wszystkim innym również odnowieniem tego jakże znamienitego pomysłu. Na 18 posiedzeniu Sejmu piątej kadencji tak oto perorował były aktywista Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, obecnie poseł PiS, Artur Górski: "Polska potrzebuje potężnej protekcji, by szczęśliwie po wyjściu z Egiptu przejść przez pustynię czasu wyrzeczeń i osiągnąć w końcu szczęśliwy byt, którego naród uporczywie upatruje w budowie IV Rzeczypospolitej. Dziś ojczyzna nasza jest w najwyższej potrzebie, by na duchowym tronie zasiadł król królów i pan panujących. Tego aktu intronizacji od władzy Rzeczpospolitej Polskiej od kilku lat domaga się w sposób konsekwentny i stanowczy nasz naród. Do kancelarii Sejmu i Senatu, do przedstawicieli władz państwowych napływają nieustannie monity w tej sprawie, zarówno od różnych organizacji społecznych i politycznych, jak i od osób prywatnych" (cytuje go Paweł Smoleński w artykule "Za wiarę, króla i prawo", "Gazeta Wyborcza", 20-21 stycznia 2007). Jak powiedział ktoś po tym, gdy profesor Bogusław Wolniewicz, ultraliberał, hiperklerykał i apologeta skrajnej rasistki Oriany Fallaci, ośmielił się w obecności telewidzów określić wypowiedź Omara Farisa jako "muzułmańskie gadanie", w Polsce coraz bardziej panoszy się najgorsza reakcja. Farmazony Górskiego nie zostały w "wysokiej izbie" wyśmiane - przeciwnie, zebrał oklaski. Najgorsza reakcja panoszy się na wszystkich frontach - i Górski, na 21 posiedzeniu Sejmu, mówił o "chwalebnym powstaniu narodowym w Hiszpanii, wojnie wyzwoleńczej, krucjacie antykomunistycznej, która na Półwyspie Iberyjskim zatrzymała postępy rewolucji bolszewickiej", mając rzecz jasna na myśli faszystowską irredentę Franco. Jak pisał Marks w swym "18 brumaire'a Ludwika Bonaparte", "Tradycja wszystkich zmarłych pokoleń ciąży jak zmora na umysłach żyjących". Napomknę jedynie, że Stalin dołożył wszelkich starań, by zachodnia burżuazja spała spokojnie, nie obawiając się już szczególnie widma, które kilkadziesiąt lat później nazwano "eksportem rewolucji". Oddam za to głos Górskiemu, który ma dużo więcej do powiedzenia: "Na koniec muszę wspomnieć jeszcze o dzielnych karlistach, najbardziej katolickiej i monarchistycznej wiejskiej ludności. W dniu 18 lipca na wezwanie przywódców karlistowskich z Pampeluny ok. 25 tys. górali porzuciło roboty w polu, zostawiło swoje rodziny i stawiło się do walki, gdyż ojczyzna była w potrzebie i w niebezpieczeństwie. Ich katolicyzm nie miał chadeckiej miękkości, tolerancji i wyrozumiałości. Pobrzmiewały w nim nuty twarde, bezkompromisowe, stal wojen krzyżowych. Dla karlistów powstanie narodowe było krucjatą antykomunistyczną, walką z siłami antychrysta, które chcą zawładnąć ich ojczyzną i ich domem". "Nazywają nas ekstremistami - lecz to oni są nimi"... "Gazeta Wyborcza" znajduje powody do kpin nad łabędzim śpiewem - sama bowiem oczywiście nigdy tak nie napnie dyskursu; co najwyżej wzniesie peany na cześć Fallaci czy Friedmana. Smoleński sprzedaje tony kawałków, które rzecz jasna w przeważającej części są słuszne, ich - nader delikatnie rzecz ujmując - niewystarczający charakter zamienia je jednakże w kociokwik. Czy znajdziemy u niego cień refleksji, że akceptowane przez jeśli nie większość, to dużą część parlamentu (już parę kadencji temu wicemarszałek Senatu, megabigotka Alicja Grześkowiak, ubolewała nad rozgromieniem i obaleniem przez Saladyna sztucznego tworu, ustanowionego w historycznej Palestynie przez krzyżowców) tyrady to właśnie to, co zawsze cechowało dyskurs klas reakcyjnych? Echo wojen krzyżowych jest zarazem przejawem dokładnie tego, co każe Polsce angażować się w wojny imperialistyczne w Afganistanie i Iraku, tego, co każe budować chroniącą imperializm amerykański tarczę antyrakietową i kupować od Waszyngtonu F-16 - a przecież te zabawy rozpoczęła już ekipa Leszka Millera, obecna pozostaje w wielkiej mierze kontynuatorem reakcyjnej polityki, co najwyżej ją doskonaląc. Nie dajmy się zwieść operetkowości bigota - swego czasu groteska ideologiczna Janusza Korwina-Mikkego nie przeszkodziła mu stać się jednym z głównych aktorów awantury lustracyjnej; wyścig szczurów w prawicowości nie zna w Polsce granic. Obłęd ideologiczny Górskiego to nie jednostkowa aberracja - to tylko i wyłącznie przejaw tendencji dominujących w polskiej polityce wewnętrznej i zagranicznej po 1989 r. Nie trzeba chyba dodawać, że pytania z tym związane pozostają nieobojętne także dla Viva Palestyna. SIŁA SPOKOJU Tymczasem w kraju, którego premier jest chyba jedynym w Europie szefem rządu, gotowym porównać się do Ariela Szarona, ta szarża artyleryjska reakcji to ciągle dla niektórych za mało. Również na 21 sesji Sejmu, Górski bił na alarm: "Rewolucja wciąż trwa i wciąż nowi szuani muszą się jej przeciwstawiać". Czy Michnik, przeciwstawiając się owemu dyskursowi, pozwoli sobie - choćby na zasadzie przeciwwagi dla opublikowanej kilka lat temu w jego gazecie "Wściekłości i dumy" Fallaci - na publikację artykułu pochodzącej z krajów arabskich autorki, dowodzącej wyższości krajów Bliskiego Wschodu nad z natury swej teokratyczną, bo chrześcijańską Europą? Czy raczej prędzej spodziewać się można wypocin o Europie i Polsce, "zatracających swą chrześcijańską tożsamość"? Górski (przypomnijmy: raz po raz w parlamencie oklaskiwany) idzie na całego. Raz jeszcze na 21 sesji Sejmu, oznajmia wszem i wobec: "W dzisiejszej Polsce triumfuje demokracja w swej najgorszej, ulicznej, rewolucyjnej postaci". Chodziło mu o... wiece PO; Marsz Równości w Warszawie - na którym raczej nieobecni byli aktywiści wenezuelskiego Ruchu Rewolucyjnych Gejów - to zaś już "jawna prowokacja wrogów normalności, wrogów zdrowego rozsądku, wrogów zasad chrześcijańskich i zwyczajnie wrogów moralności i porządku publicznego". (Przy okazji debaty o aborcji apelował rzecz jasna - i przecież nie był tu odosobniony! - by "nie dać się wciągnąć w zastępczą debatę o prawach kobiet". Słusznie wszak rzekł Chávez: "katolicyzm jest machistowski".) Za bezkarnością amerykańskiego i izraelskiego lotnika bombardującego cywilów oraz za bezkarnością wszechpolaka pałującego gejów i lesbijki stoi między innymi jeden i ten sam relikt zimnej wojny: uznanie prawicy za antynomię totalitaryzmu. "Nie tylko w domach chłopów, ale również w miejskich wieżowcach wiek XX przeplata się z XIII. Setki milionów ludzi używających elektryczności nadal wierzą w magiczną moc symboli i egzorcyzmów [...] Gwiazdy kina korzystają z usług mediów. Lotnicy pilotujący cudowne maszyny stworzone przez ludzki geniusz, noszą na swych piersiach amulety. W ludziach istnieją niewyczerpalne zasoby ciemnoty, niewiedzy i okrucieństwa!" - pisał Trocki. Nie zmieni tego żadna "siła spokoju" (przypomnijmy: Tadeusz Mazowiecki podpisał list solidarności z Orianą Fallaci, Michnik należał i należy do głównych jej apologetów; jeśli ma to być "normalność" - uczestnicy antygiertychiady, w tym autor niniejszej pracy, pokrzykiwali wszak: "Chcemy żyć w normalnym kraju!" - nie trzeba Freuda, by stwierdzić, że mowa o normalnych z tekstu Kwaterki). Nieoceniona "Wyborcza" przedstawiła ostatnio dyskusję o religii i ateizmie, podejmując - co za odwaga! - kwestię dyskryminacji ateistów w społeczeństwie polskim. Niegdyś brałem udział w pewnym badaniu sondażowym. Uczestnicy wymyślali nazwę nowej marki papierosów, mającej wejść na rynek. Odrzucono moją propozycję: "Zdychaj Palaczu". Zapewne w pewnej mierze na podobnej zasadzie - jako czarny PR - Michnik i s-ka odrzuciliby prezentację w owej dyskusji propozycji ideowych Górskiego. Nic jednak straconego, czy, innymi słowy, palacz i ateusz pozostają w niewesołej sytuacji. "W życiu człowieka wierzącego religia z definicji przebija wszystko - czytamy w artykule Piotra Sikory "Religia przebija wszystko", umieszczonym w tym samym numerze "Wyborczej", w którym ukazał się artykuł Smoleńskiego o pośle-monarchiście. - Jeśli tego nie robi, przestaje być religią. Staje się co najwyżej barwnym folklorem, czy miłym zwyczajem". "Szacunek do wiary religijnej jest dokładnie tym samym szacunkiem, którym darzymy innego człowieka - nie jego osiągnięcia, poglądy, pozycję społeczną, ale właśnie jego samego" - pisze dalej Sikora. Taka kontekstualizacja pozwala mu stwierdzić: "Tu właśnie należy szukać uzasadnienia praktyk, które uprzywilejowują jakąś religię. Odrzucić religijne uzasadnienie w imię innych racji to podporządkować tym innym racjom samego człowieka". Zapewne w pozbawianiu mocy decyzyjnych i przymusowej agitacji, którą oznacza "prawo" rodziców do nakazywania nieletnim uczęszczania na zajęcia z religii, Sikora podporządkowania człowieka jakimkolwiek racjom nie zauważa. Wszak całkowicie wyodrębnił wcześniej religię ze sfery światopoglądowej. Swobodny rozwój każdego warunkować musi swobodny rozwój wszystkich; tymczasem przez cały okres po 1989 r. znajdujący się u władzy uznawali postulat powszechnej emancypacji za mrzonkę i niebezpieczną utopię. Skutki widać gołym okiem. I nie jest przypadkiem, że pośród witryn internetowych skoncentrowanych na sprawie palestyńskiej przez lata - mimo wszystkich, czasem dużych wpadek - przetrwała ta, której współpracownicy, bez względu na niemałe różnice wewnętrzne, starali się pielęgnować myśl o powszechnej emancypacji. SZUKAJĄCY I SZUKANI Nic tu nie da ograniczenie się do pogrążania w wątpliwościach, pozostawanie "apolitycznym", pozostawanie "ani-ani". Już Nietzsche pisał w "Antychryście" o "absurdalnej apolityczności", a wcześniej w Zaratustrze o ostatnim człowieku, który nie potrafi już być jednoznaczny, chełpiąc się zaś swą dwu-, trzy-, cztero-, pięcioznacznością staje się wskutek własnych rozterek niezdolny do działania. Gdybyż widział współczesną Polskę! Jego diagnozę na swój własny sposób powtórzył - ni mniej ni więcej - Lenin, pisząc: "Nie wy szukacie, lecz was szukają". Wystudiowana nieraz poza człowieka niezależnego, jakoby wyemancypowanego i "stojącego ponad", "Nie jestem ani lewicowy, ani prawicowy", pozostaje jedynie nędzną wymówką i samooszustwem, nieraz zaś, co gorsza, politycznym mimetyzmem. Trzeba umieć coś wybrać, potrafić się określić, mieć poglądy i ich bronić; bez względu na wszystkie kameleony, które wierną służbę globalnej dyktaturze oblekają w woal intelektualnej niezależności - czego jednym z obecnych wyrazów jest pretendująca do miana satyry swoista polityczna propaganda. Pamflety Fallaci nie są tu nawet wierzchołkiem góry lodowej. Gorszą niż ona robotę wykonują spolegliwi i wyważeni, wzywający do umiaru i trzymania się na wodzy - w razie potrzeby trąbiąc na alarm, gdy dostrzegą groźne widmo rewolucji proletariackiej - których jednak klasy panujące już nie szukają; już dawno ich znalazły. I wykorzystały. I nadal wykorzystują. Trocki wyraził się w cytowanej już autobiografii, że łatwiej umrzeć za ideę, niż pozostać wiernym całe życie jednej idei. Nie znaczy to rzecz jasna, że nikt nie ma prawa do zmiany poglądów. Kiedyś, przebywając w towarzystwie ludzi zbliżonych do mnie ideowo, słyszę: "Ja byłem liberałem"; "Ja byłem nacjonalistą". Uśmiechnąłem się i odparłem: "Cienkie z was bolki. Ja byłem i liberałem, i nacjonalistą". Nie zmienia to jednak nic w mej ocenie tych, którzy po upadku dyktatury biurokratycznej masowo nawracali się na liberalizm. Choćby już - a nie tylko! - ze względu na jedno: który z nich przyzna się do zmiany poglądów niepytany? Gotowość do bycia politycznie zdecydowanym, politycznie aktywnym, zaangażowanym, walczącym o słuszną sprawę i ludzi, których żywotne interesy decydują o tej sprawie - nie zaś "niezależność" pojmowana jako wygodna obojętność - oto dlaczego Viva Palestyna ciągle istnieje! Tylko bowiem aktywnie, nie zaś biernie, można przełamać obecny polityczny monopol prawicy, który przedstawiłem powyżej i o którym jeszcze co nieco powiem. Monopol, który doprowadził do tak absurdalnego przechyłu, że jako lewicowy wywrotowiec bywa portretowany jeden z wielu (ach, jacy oni prawie bez wyjątku są empatyczni!) ulepszaczy kapitalizmu, Joseph F. Stiglitz, w 2001 r. uhonorowany Nagrodą Nobla w dziedzinie ekonomii, w latach 1993-1997 doradca Billa Clintona. Oto, co nawet on ma do powiedzenia, zapytywany przez Artura Domosławskiego ("Gazeta Wyborcza", 20-21 stycznia 2007), czy w Wenezueli Chávez przeprowadza niebezpieczne ekonomiczne eksperymenty: "Niczego takiego nie widzę. Przeciwnie, Chávez odnosi sukcesy zarówno społeczne, jak i gospodarcze. Ma poparcie sporej większości obywateli. Gospodarka Wenezueli rośnie dzięki wysokim cenom ropy. Jest to kraj, w którym dwie trzecie ludności żyje w biedzie i w którym zyski zawsze szły do kieszeni wąskiej elity. Chávez skierował je do szerszej grupy odbiorców - przede wszystkim poprzez wydatki na edukację i służbę zdrowia dla biednych". Oczywiście nie ma tu mowy o wykorzystywaniu przez Cháveza i boliwarian zysków z ropy dla zdywersyfikowania gospodarki; sugestia, że może to mieć wpływ na przyszły rozwój gospodarczy Wenezueli, prawie na pewno nie pojawi się na łamach prasy burżuazyjnej. Tak jak nie pojawi się pochwała nacjonalizacji przedsiębiorstw, czy poparcie walki robotniczej w Ameryce Łacińskiej (nie tylko Wenezueli), gdzie pracownicy fabryk nie tylko je okupują, lecz czynnie, ścierając się nieraz fizycznie z siłami reakcji, przejmują kontrolę nad procesem produkcyjnym w zakładach. Czytelnik nie znajdzie też rzecz jasna nic, co uderzałoby w rażąco fałszywy i krzywdzący stereotyp czawistowskiej Wenezueli jako gospodarczej autarkii. I kwestia fundamentalna: dla kogo te ekonomiczne eksperymenty mają być niebezpieczne? Dla światowej burżuazji? To bardzo dobrze! Chávez w swej działalności politycznej brał pod uwagę teorię i doświadczenie praktyczne bardzo różnych ludzi, od m.in. Keynesa (szczęśliwie coraz rzadziej) po Trockiego (szczęśliwie coraz częściej). Zazwyczaj w oficjalnych mediach można się jednak co najwyżej dowiedzieć o kroczeniu przezeń drogą tego pierwszego. Jeśli tylko obecny prezydent Wenezueli się nie wyłoży, jeszcze sportretują go jako liberała! Niemniej jednak strażnicy oficjalnego dyskursu, by ten nie stał się karykaturalnym w stopniu całkowicie nieznośnym i nie zaczął pękać w szwach, muszą czasem zezwolić choćby na opublikowanie czegoś, gdzie pojawia się przynajmniej częściowa apologia tego, który nazwał Busha diabłem. "Wiadomości, które docierają do nas z Wenezueli, pochodzą z prasy będącej w posiadaniu wąskiej elity [wrogiej Chávezowi]" - kontynuuje Stiglitz. Tego byłoby już za wiele, dalej więc czytamy: "Można Chávezowi postawić zarzuty, że jego polityka stwarza zagrożenie dla niektórych zasad demokratycznych, ale dokładnie taki sam zarzut można postawić rządowi USA". Oczywiście, po pierwsze takie i nawet znacznie cięższe zarzuty stawia Chávezowi rząd USA. Przykładem może być głośno krytykowana przez Biały Dom, Organizację Państw Amerykańskich i całą plejadę kapitalistycznych gadzinówek decyzja o nieprzedłużeniu koncesji stacji telewizyjnej, która otwarcie wsparła pucz przeciw Chávezowi w kwietniu 2002 r. Retorycznym pozostaje pytanie, czy szefowie stacji, która na coś podobnego pozwoliłaby sobie w przypadku hipotetycznej próby przewrotu w USA, nie trafiliby na długie lata za kraty. W Wenezueli zaś mogła ona nadawać przez kolejne 4 lata (!), bezustannie wylewając na Cháveza - który w czasie puczu przeżył porwanie - kubły pomyj. Wielu z tych, którzy zdobyli mimo blokady medialnej pewien zasób wiadomości na temat współczesnej Wenezueli, reaguje następująco: "Że też on się jeszcze z tymi ćwokami certoli!". Ot, typowe postępowanie latynoskiego caudillo (do niedawna można by o to podpytać Pinocheta). Tymczasem Pan Groza, jak nazywa Busha Chávez, bywa oczywiście - znów: gdy dyskurs pęka już w szwach - przez polską prasę burżuazyjną krytykowany. Z krytyki tej zwykle jednak koniec końców wynika, że amerykańskiego prezydenta bezsensownie czepia się niepoprawne, wstrętne lewactwo. I tak "odważny" krytyk obecnej amerykańskiej administracji, Zbigniew Brzeziński, zarzucił swego czasu obecnemu gospodarzowi Białego Domu "retoryczną przesadę". Mój Boże - krzyknąłbym, gdyby nie mój ateizm - jeśli to miałby być najpoważniejszy zarzut pod adresem Busha, byłbym przecież jego entuzjastą! Filisterstwo par excellence! CO UMOŻLIWIŁO PRZETRWANIE VIVA PALESTYNA Wiele rzeczy, które winny być oczywiste, dla wielu ludzi w Polsce pozostaje niewypowiedzianą herezją - o ile w ogóle zdarzy im się o nich usłyszeć. Za czymkolwiek dana jednostka nie miałaby się opowiedzieć, jeśli posiada krztynę intelektualnej uczciwości, musi przyznać: rażący na polskiej scenie politycznej pozostaje brak silnego komponentu w postaci autentycznej lewicy. Ten wniosek absolutnie nie jest wnioskiem radykalnym - trafiają się wszak nieraz, nawet w Polsce, liberałowie mówiący o konieczności istnienia silnej lewicowej opozycji, słowo lewica pojmujący przy tym w sposób o wiele mniej zafałszowany niż wielu bohaterów mojego tekstu - i z pewnością mógłbym sprawę o wiele bardziej postawić na ostrzu noża. (Starczy tu rzec: mało kto - choć w kapitalistycznym domu wariatów i tacy się trafiają - pragnie, by jego własna opcja ideowa pozostawała w opozycji.) Dlatego na szczególną uwagę (choć zachowują moc wszędzie) zasługują w Polsce słowa Samira Amina: "Mimo dużych zróżnicowań wewnętrznych, które w końcu stanowią jedno z wielkich bogactw galaktyki alterglobalistycznej, i wobec głównego niebezpieczeństwa, którym jest możliwość wszczęcia przez Stany Zjednoczone kolejnych wojen "prewencyjnych", cały wachlarz sił alterglobalistycznych, od najbardziej radykalnych po najbardziej umiarkowane, powinien połączyć swe siły. To jedyny sposób, aby w końcu zbudować ten inny możliwy świat, którego każda z tych sił gorąco sobie życzy" ("Jaki alterglobalizm?", "Le Monde Diplomatique", styczeń 2007). Doskonale rozumie to Chávez w Wenezueli - i, jak sądzę, nieźle pojmuje tę kwestię zdecydowana większość współpracowników i współpracowniczek Viva Palestyna. Lepiej na pewno, niż ci (na szczęście nieliczni, choć czasem krzykliwi), dla których Chávez to sługus burżuazji, a Chomsky - agent imperializmu. Choć właściwie nie zasłużyli na takie wyróżnienie, specjalnie dla nich jeszcze jeden urywek z Weissenborna: "Na niemieckim masz wykład gościnny i demaskujesz cały ten szwindel. Genscher też jest na trybunie i ci ze związków zawodowych - niestety, niestety, brak czasu! Spartakiści biją brawo, coś jednak musiałeś znowu zrobić nie tak. Musisz tłumaczyć się przed Kommunistischer Bund Westdeutschlands w sprawie Chile, niezłomnie i całkiem słusznie obstajesz przy tezie, że to zdanie, że demokrację trzeba od czasu do czasu wykąpać we krwi, nie pochodzi w końcu od Marksa tylko od Pinocheta, Gruppe Intelektuelle Marxisten oświadcza, że błędnie zacytowałeś Trockiego, wszystko jest plagiatem i że nie wolno ci było okupować Czechosłowacji. Ty odpowiadasz, że Pilzno to już naprawdę nie twoje piwo, poza tym Kommunistische Partei Deutschlands/Marxisten Leninisten żąda wyjaśnień, jak to się dzieje, że jako uczeń w ogóle czytasz Biblię, zaś twoje napomknienie, że przecież towarzysz Roth i jego książka Hiob zostaje z miejsca źle zrozumiane". Viva Palestyna mogła przetrwać przez wszystkie swoje lata tylko dlatego, że konsekwentnie stanowiła wyłom w oficjalnym dyskursie, nie ograniczający się przy tym do stosunku do Izraela i syjonizmu. Zatem albo pozostanie lewicowa - albo koniec końców nie będzie jej wcale! Ojczyzna to Ludzkość! Zakończę, cytując wspaniale przetłumaczony na polski przez Marcina Starnawskiego, pochodzący z 1912 r. wiersz Charlotte Perkins Gilman "Socjalista i sufrażystka": Rzekł socjalista do sufrażystki: "Ja służę Sprawie większej! Ty walczysz tylko dla jednej z klas My - o dobrobyt Powszechnych Mas, Co wszystkim daje szczęście!" Zaś sufrażystka do socjalisty: "Większa niż mówisz jest ma sprawa! Póki kobiety podległą są klasą, To nie poruszą Powszechną Masą Twoje ekonomiczne prawa!" Na to socjalista do sufrażystki: "Rozmijasz się z faktami, Koniec z wątpliwościami wszelkimi Gdzie ekonomiczny determinizm - Te prawa rządzą nami!" A sufrażystka do socjalisty: "Wnet zdacie sprawę sobie Że ani drgnie ów stary świat Z tych posad, w których tkwi od lat Bez podźwignięcia kobiet!" "W wolnym świecie kobietom lżej" Wyjaśnia socjalista "Nie mów o świata wyzwoleniu Gdy jego pół tkwi w upodleniu" Rozprawia sufrażystka Świat zbudził się i cierpko rzekł: "Wasz cel wszak wspólny jest; Walczcie osobno albo wraz Całym swym sercem, cały czas Lecz grze nadajcie bieg". |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Islam, Europa, lewica, prawica, Polska, Terroryzm, polityka, Izrael, Iran |