|
08-02-2012 - 08:09
|
||||||
![]() |
||||||
Menu główneInformacja
Strona która oglądasz jest tylko archiwum materiałów z poprzednich lat i nie jest już aktualizowana. Jeśli chcesz wejść na obecny portal Europa 21 - z najnowszymi informacjami - kliknij tutaj
forum
Online
Obecnie jest 12 gości i 0 użytkowników online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować tutaj |
Multikulturalizm jest całkowicie skompromitowanyAutor: Marcus_Crassus Dodano: czwartek, 08 marca 2007 - 23:56
1180 raz(y) oglądano.
W rozmowie z "Europą" Ian Buruma opisuje upadek pewnej ideologii, a także katastrofę kraju, który był ucieleśnieniem tej ideologii. Masowy napływ muzułmańskich imigrantów do Europy spowodował, że multikulturalizm rozumiany jako idea "osobnego" funkcjonowania obok siebie różnych kulturowo wspólnot ostatecznie stracił rację bytu. W przypadku Holandii, którą można uznać za ojczyznę multikulturalizmu, oznacza to głęboki i dramatyczny kryzys tożsamości. Konieczność stworzenia nowego modelu liberalno-demokratycznej wspólnoty jest wedle Burumy paląca: "Bez względu na to, czy się to komuś podoba, czy nie, muzułmanie są mieszkańcami Europy. Ci ludzie nie porzucą swojej religii, trzeba więc nauczyć się z nimi - i z nią - żyć. Liberalną demokrację da się pogodzić z islamem".
Holandia, której poświęcił pan swoją najnowszą książkę "Murder in Amsterdam", jest prekursorem multikulturalizmu. Przed laty składała się z trzech odrębnych "filarów" - protestanckiego, katolickiego i socjaldemokratycznego. Każdy z nich miał własne szkoły, szpitale, stacje telewizyjne, gazety i partie polityczne. W ostatnich latach pojawiły się pomysły powrotu do tego rozwiązania, tym razem z dodatkowym filarem muzułmańskim... Ten ewentualny filar muzułmański jest bardzo zróżnicowany wewnętrznie. Znaleźliby się w nim ludzie zarówno głęboko religijni, np. z krajów arabskich, jak i dość zsekularyzowani, np. z Turcji. Już teraz między tymi grupami istnieją zauważalne animozje. Co ważniejsze, na powrót do takiego rozwiązania jest za późno, ponieważ dotychczasowe filary przestały istnieć. W latach 60. holenderskie społeczeństwo przeszło dramatyczną przemianę. Jeszcze w połowie tamtej dekady większość czasu antenowego w weekendy zajęta była przez katolickie i protestanckie audycje religijne lub świeckich kaznodziejów, którzy mówili o problemach moralnych z ateistycznej perspektywy. Gdy w roku 1964 w telewizyjnym programie satyrycznym wykorzystano "Ojcze Nasz" w dość niewinnym - z dzisiejszej perspektywy - skeczu, odpowiedzią były tysiące listów od oburzonych widzów. W niektórych grożono autorom śmiercią. Potem, na fali rewolty roku 1968, nastąpiła gwałtowna sekularyzacja, której efektów ciągle doświadczamy. Najostrzejsze ataki pod adresem muzułmanów pochodzą dziś ze strony ludzi, którzy wychowali się w głęboko religijnych rodzinach, a w latach 60. i 70. stali się radykalnymi lewakami. Określali się wtedy jako zwolennicy multikulturalizmu. W ostatniej dekadzie dokonali zwrotu niemal o 180 stopni. Ci ludzie boją się powrotu religii, tego, że w miejsce moralności protestanckiej czy katolickiej, której opresywności doświadczyli na własnej skórze, pojawią się równie opresywne muzułmańskie normy obyczajowe. Uważa pan, że multikulturalizm się już ostatecznie skompromitował? Jako dogmat - tak. Ideologia, według której ludzie pochodzący z różnych kultur mogą żyć w oddzielnych społecznościach i nie powinni się sobą nawzajem interesować oraz wzajemnie krytykować, jest błędna. Co więcej, w latach 70. i 80. multikulturalizm niepostrzeżenie zaczął przeradzać się w rodzaj moralnego rasizmu, według którego jedynie biali Europejczycy zasługują na liberalną demokrację. Afrykańscy dyktatorzy tego okresu dopuszczali się rzeczy strasznych, ale nie spotykało ich jakieś szczególne potępienie ze strony europejskich intelektualistów - po cichu uważano, że czarnymi nie da się rządzić inaczej. Krytyka multikulturalizmu nie oznacza jednak, że wspólnota kulturowa jest warunkiem istnienia wspólnoty politycznej. Tak długo, jak każdy będzie przestrzegać prawa, obywatele nie muszą mieć jednolitej hierarchii wartości. Morderstwo Theo van Gogha, do którego odwołuje się pan w tytule swej książki, pokazuje jednak, że jeśli takiej hierarchii nie ma, społeczeństwo może mieć kłopoty. Opinie na temat tego, co jest ważniejsze - życie ludzkie czy ochrona religii przed bluźnierstwem - były w Holandii podzielone... Czyn jednostki nie może być powodem narzucania całej grupie nowej hierarchii wartości. Bez względu na to, czy się to komuś podoba, czy nie, muzułmanie są mieszkańcami Europy. Ci ludzie nie porzucą swojej religii, trzeba więc nauczyć się z nimi - i z nią - żyć. A to życie będzie łatwiejsze, jeśli muzułmanie dojdą do wniosku, że system także im przynosi korzyści. Liberalną demokrację da się pogodzić z islamem. Transformacja ustrojowa w Indonezji nie jest może pasmem sukcesów, ale i tak pokazuje, że jest to możliwe. Ale co w praktyce oznacza: "żyć z islamem"? Czy np. to, że w imię pokojowego współżycia powinniśmy prawnie ograniczyć swobodę wypowiedzi, by chronić uczucia religijne muzułmanów? Sądzę, że obowiązujące w Holandii prawo zakazujące nawoływania do przemocy i obrażania ludzi z powodu wyznawanej przez nich religii jest wystarczające. Jestem przeciwnikiem jakiegokolwiek dalszego ograniczania swobody wypowiedzi. Nie trzeba karać ani bluźnierstwa, ani - by przywołać obowiązujące w niektórych krajach Europy rozwiązania - negowania Holocaustu. Z drugiej strony powinniśmy być ostrożni w naszych wypowiedziach. Nie popieram celowego obrażania ludzi i bezmyślnego naruszania ich wrażliwości. A czy "Submission", film autorstwa Ayan Hirsi Ali i Theo van Gogha, był według pana zamierzonym obrażaniem muzułmanów? Tak, i uważam, że zrobienie go było niemądre. Jeśli jego celem, jak tłumaczyli autorzy, było przekonanie muzułmanów, zwłaszcza mężczyzn, by zmienili sposób swojego postępowania, to film okazał się całkowicie kontrproduktywny. Ale to nie jest powód, by zabraniać jego pokazywania. Kilkakrotnie powiedział pan, że Ayan Hirsi Ali jest przedstawicielką oświecenia fundamentalistycznego. Czy takie określenie nie jest oksymoronem? Czy można być fundamentalistycznym oświeceniowcem? Jak widać można. Do tej kategorii zalicza się wiele ważnych osób. Na przykład Paul Wolfowitz, który szczerze wierzył, że możliwe jest wprowadzenie demokracji w Iraku w wyniku interwencji militarnej. Część "obrońców oświecenia" znalazła się jednak w tym obozie jedynie z politycznego wyrachowania. 30 lat temu swoje ksenofobiczne poglądy usprawiedliwialiby koniecznością ochrony chrześcijańskiego dziedzictwa Europy. Jeśli jednak abstrahujemy od politycznych haseł i mówimy o logice filozoficznej, to oczywiście mamy do czynienia z oksymoronem. Dogmatyzm czy - jeśli pan woli - "fundamentalizm" kłóci się z najważniejszą, konstytutywną cechą oświecenia, jaką jest sceptycyzm, ciągłe kwestionowanie poglądów, również własnych. No tak, ale może zaistnieć sytuacja, w której trzeba będzie bronić prawa do sceptycyzmu - w sposób zdecydowany i pozbawiony wątpliwości - przed ludźmi, którzy uważają go za przejaw niewiary i zepsucia. Według wielu obserwatorów znaleźliśmy się właśnie w takim położeniu. Muzułmanie są w Europie mniejszością. Nawet jeśli wszyscy byliby islamistami - co nie ma wiele wspólnego z rzeczywistą sytuacją - i tak nie mogliby stanowić zagrożenia dla suwerenności oraz stanowionego prawa i oświeceniowych wartości. Tym, co może wyrządzić krzywdę tymże wartościom, jest reakcja niemuzułmańskiej większości. Strach przed islamem i imigrantami może doprowadzić do przyjęcia nieliberalnych praw. Broniąc w dogmatyczny sposób oświeceniowych wartości, sami je osłabiamy. W pana książce znaleźć można wiele odwołań do Holocaustu. Czy rzeczywiście zagłada Żydów w czasie II wojny światowej jest ciągle punktem odniesienia dla holenderskiej polityki? Przez ostanie 200 lat Holandia była spokojnym burżuazyjnym społeczeństwem. W takim społeczeństwie, inaczej niż w warunkach dyktatury lub okupacji, ludzie nie są poddawani poważnym testom charakteru. II wojna światowa była najbardziej dramatycznym wydarzeniem tego okresu. Nic zatem dziwnego, że powraca w różnych politycznych debatach. Trauma Holocaustu sprawiła, że w latach 70. i 80. trudno było kwestionować dogmatyczny multikulturalizm, bo wszelką krytykę zachowania mniejszości etnicznych - również tę uzasadnioną - uznawano za rasizm, próbę ponownego stygmatyzowania mniejszości. Dużą rolę odgrywało zbiorowe poczucie winy, że Holendrzy nie zdołali uratować Żydów oraz że po wojnie państwo trochę zbyt szybko przejęło pozostawioną przez nich własność, czemu towarzyszyły nastroje antysemickie. Z drugiej strony muzułmańskich radykałów często kojarzy się z nazistami, uważając ich za nowe egzystencjalne zagrożenie zarówno dla Żydów, jak i dla zachodnich wolności. Porównywanie politycznego islamu z nazizmem wydaje się jednak nietrafione. Jeśli istnieją jakieś podobieństwa między nim a XX-wiecznymi totalitaryzmami, są to podobieństwa do komunizmu. Komunistą mógł zostać każdy, kto wierzył w budowę idealnego bezklasowego społeczeństwa, podobnie jak każdy, kto uwierzy w polityczne zastosowanie proroctw Mahometa, może zostać islamistą. Ma pan rację. Dziś, kiedy komunizm zniknął jako alternatywa dla liberalnego kapitalizmu, jego ślady są najwyraźniej widoczne u ludzi takich jak Tariq Ramadan, który próbuje połączyć islamską ortodoksję z marksistowskim spojrzeniem na ekonomię. Chociaż nie podzielam jego poglądów, uważam, że są one pewnym pomysłem na znalezienie dla muzułmanów miejsca w europejskich społeczeństwach. W każdym przypadku należy pamiętać o różnicy między islamizmem - który jest ruchem politycznym - a samym islamem, który bez względu na to, jak ortodoksyjnie się go rozumie, jest tylko religią. Islamizm rozwinął się nie za sprawą myśli religijnej, lecz z tych samych powodów, dla których polski Kościół katolicki stał się ostoją opozycji w okresie komunizmu. W większości krajów Bliskiego Wschodu instytucje religijne były jedyną formą organizacji pozostającą poza kontrolą opresywnych świeckich reżimów. reszta artykułu Tariq Ali - kiedyś muzułmanin, teraz lewicowiec - wierzy w upadek AmerykiAutor: Marcus_Crassus Dodano: wtorek, 27 lutego 2007 - 18:47
1012 raz(y) oglądano.
Lewica odżyje, gdy upadnie Amerykatwierdzi Tariq Ali, lider nowej lewicy, wydawca "New Left Review"Naszymi rozmówcami są dziś dwaj słynni lewicowi intelektualiści: Tariq Ali i Roberto Unger. Obydwu zadaliśmy pytanie o możliwość zmiany istniejącego obecnie kapitalistycznego systemu. Tariq Ali za podstawową przeszkodę uznaje globalną dominację Ameryki. Jedyną nadzieją dla ludzkości pozostają dziś przywódcy w rodzaju Hugo Cháveza czy Fidela Castro, którzy otwarcie rzucają wyzwanie USA. Nie proponują oni jednak światowej rewolucji, lecz radykalną wersję "socjaldemokratycznego reformizmu" polegającą na kontroli kapitału przez państwo. "Socjaldemokratyczny reformizm, który Chávez usiłuje upowszechnić w Ameryce Łacińskiej, był dozwolony w świecie kapitalistycznym w okresie zimnej wojny, ponieważ wrogiem był wtedy komunizm i należało pokazać, że kapitalizm toleruje demokratyczne przemiany. Dziś jest nie do zaakceptowania, rzuca bowiem wyzwanie nowemu porządkowi światowemu". rozmowę prowadzi Marek Garztecki Dziś przymiotnik "radykalny" najczęściej słyszymy w odniesieniu do osób związanych z prawicą. A gdzie się podziała radykalna lewica? Nawet słowo "rewolucja" stało się hasłem często wykorzystywanym w amerykańskich reklamach. Pod koniec XX wieku znaczna część słownictwa używanego przez lewicowców została przejęta przez ich wrogów, dostrzeżono bowiem, że jest ono bardzo popularne. Ale nie zgadzam się z twierdzeniem, że istnieje coś takiego jak "radykalni prawicowcy". Są jedynie ludzie jeszcze bardziej prawicowi niż reszta prawicy. Natomiast zachodnia lewica rzeczywiście przeżywa regres. W Europie Wschodniej sytuacja wygląda jeszcze gorzej - tam lewica jest w stanie śmiertelnej zapaści ze względu na doświadczenia przeszłości. Nowe partie lewicowe niemal wszędzie stworzyli tam biurokraci, rządzący w czasach poprzedniego systemu. Tragiczne jest też to, że większość krajów, które poprzednio były satelitami Związku Sowieckiego, stała się satelitami Stanów Zjednoczonych. Niezależnie od tego, czy wyborcy to popierają, czy nie, kraje te nie są w pełni niepodległe. A gdy osoby takie jak Adam Michnik czy Vaclav Havel, które kiedyś występowały przeciw systemowi, bezkrytycznie popierają politykę Stanów Zjednoczonych, można się zdobyć co najwyżej na ironiczny śmiech. Wspomniał pan, że wiele osób związanych z radykalną prawicą przejęło język radykalnej lewicy. Ale przecież wielu z nich było kiedyś lewicowcami. Czy to nie tak, że większość neokonserwatystów pozostała radykałami, inny jest tylko wektor ich radykalizmu? Zmienił się świat wokół nich, ale w dalszym ciągu chcą go radykalnie zmieniać. Często biorę udział w debatach z neokonserwatystami na studenckich kampusach w USA. Wcale nie tak wielu z nich było kiedyś lewicowcami - może 5 czy 6 osób spośród tych najbardziej znanych. To prawda, że używają języka radykalnego, ale jest to bardzo cyniczne i niewiele ma wspólnego z ich prawdziwymi poglądami. Ogólnie rzecz biorąc, mamy tu ludzi przystosowujących się do zmieniającego się świata. To, że lewicowcy, nawet marksiści różnego autoramentu, przechodzą na prawo, też nie jest wcale czymś nowym. Każda rewolucja w historii wywołuje kontrrewolucję i gdy ona nadchodzi, ludzie przechodzą na drugą stronę. Tak było w Wielkiej Brytanii w XVII wieku czy we Francji w XVIII. Zawsze nadchodzi reakcja. W rewolucji rosyjskiej interesujące jest to, że reakcja przyszła późno - dopiero po ponad 70 latach. Przyjrzyjmy się jednak różnym propozycjom rozwiązania sytuacji na Bliskim Wschodzie, jakie lansowali neokonserwatyści skupieni wokół George'a W. Busha. Idea, że powinna przyjść potężna siła z zewnątrz, zmieść wszystkie tradycyjne struktury społeczne i układy polityczne oraz zbudować od podstaw nowe, demokratyczne państwo, to przecież radykalnie lewicowy pomysł. Nie sądzę, by było to czymś nowym w amerykańskiej polityce. Tak postąpiono na Filipinach na początku XX wieku, tak potem próbowano zrobić w Ameryce Łacińskiej czy Azji Południowo-Wschodniej. Zaskoczenie, szok wywołany działaniami Amerykanów w Iraku wziął się stąd, że już odzwyczailiśmy się od takiego postępowania. Zupełnie poważnie uwierzono w to, że istnieje nowy ład światowy, że Stany Zjednoczone respektują prawa człowieka. Nawet wojna w Jugosławii była zachwalana jako obrona praw prześladowanych mniejszości. Większość liberalnej lewicy to kupiła. Dlatego tak bardzo zaszokowała ją inwazja na Irak. Zapomniano, jaka jest natura imperiów, wszelkich imperiów - brytyjskiego i sowieckiego nie wyłączając. Amerykańskie plany poniosły w Iraku klęskę i stąd ogromna wobec nich opozycja. Wyobraźmy sobie jednak, co by było, gdyby się powiodły. Nie spotkałyby się z żadną opozycją, a w mediach nie byłoby aż tylu informacji i komentarzy na temat Iraku! Do lat 60. ubiegłego wieku lewica była przekonana, że to proletariusze będą czynnikiem sprawczym przemiany społecznej. Od połowy lat 60., między innymi pod wpływem lektury Herberta Marcusego, sądzono, że to młodzi studenci i intelektualiści (być może wraz z częścią świadomej klasy robotniczej) staną się motorem oczekiwanej rewolucji. Gdy powstały ruchy alterglobalistyczne, szczególnie od czasu forów społecznych w Pôrto Alegre, miano nadzieję, że rolę tę podejmie "Globalne Południe". Tak się nie stało. Gdzie obecnie poszukiwałby pan takiego czynnika? Jeśli przyjrzymy się uważnie światu, zobaczymy, że radykalna zmiana to nie to, co dzieje się w Iraku, Libanie czy innych krajach Bliskiego Wschodu. Tam mamy do czynienia z typową sytuacją kolonialnej okupacji: Irak jest okupowany, Palestyna jest okupowana, Afganistan jest okupowany przez NATO. W każdym z tych krajów istnieje ruch oporu, ale żaden z nich nie ma szerszej wizji społecznej, takiej, która przemówiłaby do innych ludzi. Taka nowa wizja powstaje natomiast w Ameryce Łacińskiej i dlatego istotne jest zrozumienie kluczowej roli, jaką odgrywa obecnie w polityce Południa Hugo Chávez. Jego portrety wiszą w Libanie i w Kalkucie, a nie tylko w Ameryce Łacińskiej. On wyraża to, co odczuwa wielu: trzeba rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym, ale nie można tego uczynić środkami militarnymi, tylko poprzez stworzenie wizji nowego społeczeństwa. Nie jest to klasyczna wizja rewolucyjna, ale coś, co nazwałbym wizją lewicowo- -socjaldemokratyczną. A czym różni się ona od wizji rewolucyjnej? Przede wszystkim rolą państwa, które uznaje kapitał, ale go reguluje. Państwo wydaje też dużo pieniędzy na to, by poprawić warunki życiowe tych, którzy nie potrafią zrobić tego sami. Socjaldemokratyczny reformizm, który Chávez usiłuje upowszechnić w Ameryce Łacińskiej, był dozwolony w świecie kapitalistycznym w okresie zimnej wojny, ponieważ wrogiem był wtedy komunizm i należało pokazać, że kapitalizm toleruje demokratyczne przemiany. Dziś jest nie do zaakceptowania, rzuca bowiem wyzwanie nowemu porządkowi światowemu i konsensusowi waszyngtońskiemu. Dlatego prowadzona jest teraz przeciwko niemu tak zajadła kontrofensywa. Ale zysk z tego jest taki, że gdy Chávez pojawia się na forum ONZ i wyraża się nieprzystojnie o Bushu, wiele osób w Stanach przysłuchuje się temu uważnie. Gdy Chávez mówi Amerykanom: "Czytajcie książkę Noama Chomsky'ego, bo warto", w 48 godzin później książka ta staje się bestsellerem numer jeden portalu Amazon. Chávez jest liderem, który może wpływać na opinię publiczną w USA, żaden przywódca bliskowschodni nie jest do tego zdolny. I to jest droga na przyszłość, bo jeśli nie przekonamy znacznej części amerykańskiej opinii publicznej, poniesiemy porażkę. Wbrew temu co pan mówił wcześniej, wydaje mi się, że sytuacja na Bliskim Wschodzie i tamtejsza guerrilla mają wpływ na społeczeństwo brytyjskie, przynajmniej na znaczną część młodzieży muzułmańskiej. Tak, ale wynika to z bardzo szczególnych uwarunkowań. Społeczność islamska w Wielkiej Brytanii w latach 60. i 70. uczestniczyła w strajkach, zapisywała się do związków zawodowych. Wielu młodych zapisywało się do Partii Pracy i organizacji na lewo od niej. Rząd brytyjski, aby przeciwdziałać tej radykalizacji, zachęcał rządy Pakistanu i Arabii Saudyjskiej, by przysyłały mułłów i finansowały budowę meczetów. W latach 90. aktywność związków i organizacji lewicowych zamarła, a meczety stały się jedynym miejscem, gdzie młodzi ludzie mogli się zbierać i artykułować swoje oczekiwania wobec społeczeństwa. Wróciłem właśnie ze Stanów - najsilniejszymi, najlepiej zorganizowanymi grupami młodzieży na kampusach są prawicowe organizacje chrześcijańskie. Nie lubię ani skrajnych grup chrześcijańskich, ani muzułmańskich, ale nie podoba mi się, że tylko te islamskie są krytykowane. Nikt w trakcie zimnej wojny nie przejmował się propagandą islamistyczną, bowiem islam traktowano jako sprzymierzeńca w walce z komunizmem. Teraz islam się demonizuje, bo jest on w opozycji do Zachodu. Gdyby choć jedna partia artykułowała problemy, z jakimi stykają się młodzi muzułmanie, nie byliby oni dziś tak wyalienowani. Niestety w krajach zachodnich demokracja staje się obecnie w coraz większym stopniu fasadą. Pomiędzy większością partii prawicowych i lewicowych trudno dziś znaleźć jakieś istotne różnice. reszta artykułu Norman Podhoretz - prawica, lewica i islamiściAutor: Marcus_Crassus Dodano: wtorek, 27 lutego 2007 - 18:42
874 raz(y) oglądano.
Radykalny islamski fundamentalizm pozostaje dziś największym zagrożeniem dla ludzkości - twierdzi Norman Podhoretz. Porównać go można jedynie z wielkimi totalitarnymi zagrożeniami XX wieku: nazizmem i komunizmem. Walka z "islamofaszyzmem" będzie jednak znacznie trudniejsza, ponieważ jego zasięg i siła oddziaływania są jeszcze większe niż w przypadku obu wcześniejszych totalitaryzmów. "Nazizm miał ograniczoną liczbę zwolenników, choćby dlatego, że jego ideologia była nazbyt skoncentrowana na samych Niemcach. Komunizm sam się zdyskredytował na skutek kontrastu, jaki powstał między głoszonymi ideałami a praktyką. Nawet w Związku Sowieckim prawdziwie wierzący komuniści stanowili zasadniczą mniejszość. W wypadku świata islamu mamy do czynienia z dużą grupą ludzi, którzy naprawdę chcą zginąć za swoją sprawę. Dlatego zagrożenie jest większe". Prezentowany tekst jest skrótem rozmowy, której pełna wersja ukaże się w najbliższym numerze miesięcznika "Midrasz".
Rozmowę prowadzi Piotr Paziński Powiedział pan kiedyś, że islamski terroryzm to jedno z wielkich zagrożeń XXI wieku. Czy to zagrożenie rzeczywiście można porównać do konfliktu, jaki Ameryka miała ze Związkiem Sowieckim? Tak, islamofaszyzm jest zły, tak jak złe były nazizm i komunizm. Stawiam znak równości między komunizmem a nazizmem, zdając sobie sprawę, że takie porównanie jest wciąż dla wielu kwestią niesłychanie kontrowersyjną. Iluż to historyków nadal odmawia uznania, że komunizm był tak zły jak nazizm, iluż atakowało Hannah Arendt za jej książkę "Korzenie totalitaryzmu"! W przypadku komunizmu mieliśmy do czynienia z jednym Związkiem Sowieckim. Kiedy się rozpadł - sam komunizm również w zasadzie upadł. Świat islamu to wiele państw i ponad miliard ludzi. Jak pan wyobraża sobie walkę z nimi? Z tego powodu wojna z islamofaszystami będzie trudniejsza. Nazizm miał ograniczoną liczbę zwolenników, choćby dlatego, że jego ideologia była nazbyt skoncentrowana na samych Niemcach. Komunizm sam się zdyskredytował na skutek kontrastu, jaki powstał między głoszonymi ideałami a praktyką. Nawet w Związku Sowieckim prawdziwie wierzący komuniści stanowili zasadniczą mniejszość. W wypadku świata islamu mamy do czynienia z dużą grupą ludzi, którzy naprawdę chcą zginąć za swoją sprawę. Dlatego zagrożenie jest większe. Zresztą terroryzm to tylko narzędzie. W tym wypadku narzędzie islamofaszyzmu. Co zatem jest celem? Cel jest taki, żeby nas zabić. Być może więc terroryzm jest celem samym w sobie? Nie. Sądzę, że terroryzm jest tylko instrumentem. Ale w gruncie rzeczy, co za różnica? Cel jest jeden: zabić nas tak wiele, jak tylko się da. Czy Europejczycy - by użyć terminologii Roberta Kagana - nie chcą używać swej potęgi, bo obawiają się utracić raj, w którym żyją? Ten raj jest zagrożony. Ludzie, którzy nie chcą dojrzeć zagrożenia, które mają dosłownie przed oczami, działają pod wpływem strachu. Obawiają się przyznać, że są zagrożeni, bo wówczas musieliby zacząć działać. Negowanie zagrożenia jest dobrze znanym zjawiskiem. Podobnie było z Hitlerem. Kiedy Churchill ostrzegał przed nim, w Europie mówiono: czego chcecie, przecież on wcale nie dąży do wojny. Później, co już sam dobrze pamiętam, tak samo usprawiedliwiano Stalina. On chciał pokoju. To Ameryka rozpętała zimną wojnę, żeby rozkręcić koniunkturę gospodarczą i zbrojenia oraz wzmacniać światowy kapitalizm. Teraz zresztą też tak mówią - połowa Ameryki uważa, że poszliśmy na wojnę dla ropy i sektora zbrojeniowego. Myśli pan, że sami się oszukują? Tak, oczywiście. Dlaczego? Bo musieliby coś zacząć robić, a nie chcą. Wierzą, że można sobie kupić trochę czasu. A jedyną rzeczą, jaką można osiągnąć, stosując tę strategię przeczekiwania, jest jeszcze większe zagrożenie. Był pan jednym z liberalnych intelektualistów. Potem pan z nimi zerwał, toczył burzliwe spory. Jak pan wyobraża sobie możliwość przekonania europejskich lewicowych intelektualistów, by przyjęli pański punkt widzenia? Kiedy zerwałem z lewicą, kiedy stałem się jej głównym wrogiem, nie starałem się nikogo przekonywać do mojego stanowiska. Znałem tych ludzi dobrze, bo sam byłem taki jak oni - więcej nawet: byłem jednym z ich przywódców. Wiedziałem zatem dobrze, że jak tylko zacznę ich przekonywać, jedynie osłabię moją własną pozycję, a i tak nic nie osiągnę. Zamiast więc ich przekonywać, zacząłem się z nimi kłócić, przedstawiać opinii publicznej moje poglądy i patrzeć, co z tego starcia stanowisk wyniknie. Z tymi ludźmi nie sposób dyskutować - podobnie jak z komunistami. Sam w pewnym okresie mojego życia spędziłem mnóstwo czasu na kłótniach z komunistami i nic z tego nie mam. Ci ludzie nie są komunistami, ale mają tę samą mentalność. Należy w pierwszej kolejności robić własną robotę, a nie zawracać sobie głowę przekonywaniem. Uważa pan, że taka dyskusja nie ma sensu? Sądzę, że dyskusja taka nie ma sensu, jeśli chcemy naszego przeciwnika przekonać do naszego stanowiska. Ale ma sens, jeśli chcemy go pokonać. To zupełnie inna rzecz. I to właśnie robię przez większość mojego życia: staram się ich pokonać. Mam też nadzieję, że zmieni się nastawienie wielu osób na Zachodzie (także w Europie) do tej ostatniej wojny. Trzeba przyznać, że jesteśmy w tym wszystkim dosyć osamotnieni. Czy zgadza się pan z tym, co powiedział kiedyś Richard Perle, że niektórzy wasi przeciwnicy przyklejają wam etykietkę "neokonserwatystów" w celach antysemickich? Nie ma wątpliwości, że w przypadku wielu osób to prawda... Współczesny antyamerykanizm bardzo przypomina antysemityzm. Antysemityzm ma zawsze dwa oblicza: prawicowe i lewicowe. Cokolwiek by Żyd zrobił, będzie źle. I jakkolwiek by się wysilał, nie zwalczy antysemityzmu. Bo Żyd może być jednocześnie komunistą i kapitalistą, rewolucjonistą i kontrrewolucjonistą, tchórzem i osobnikiem agresywnym, może unikać walki, ale jak już walczy, to jest od razu zbrodniarzem wojennym, jest nacjonalistą, który trzyma się zawsze ze swymi ziomkami, ale jednocześnie człowiekiem, który - jak tylko warunki mu na to pozwalają - zaczyna przenikać do społeczeństwa i rozpychać się. Podobnie z Ameryką. Cokolwiek byśmy zrobili, będzie nie tak. Pamiętam, jak przyjechałem po raz pierwszy do Europy na studia, na początku lat 50., i wówczas zetknąłem się z antyamerykanizmem. Lewica mówiła, że Ameryka sprowadzi na świat nuklearny holocaust, zarazi wszystkich faszyzmem. Prawica - że zatruwamy świat hamburgerami i coca-colą. Albo to słynne powiedzonko: Ameryka jest jedynym krajem, który przeszedł z epoki barbarzyńskiej do imperializmu z pominięciem epoki cywilizacji... Nasi przeciwnicy chcą zdelegitymizować, zdyskredytować wojnę w Iraku, twierdząc, że wybuchła ona z powodu Żydów. To nic nowego. Podczas II wojny światowej mówiono w Ameryce, że to Żydzi wciągają kraj do wojny z Niemcami. Prawica mówiła, że powinniśmy walczyć ze Stalinem, a nie z Hitlerem. Tak czy inaczej, chodziło o to, by pokazać, że jest to wojna żydowska. Podobnie jest teraz, choć - jak na ironię - znakomita większość amerykańskich Żydów wojny w Iraku nie popiera. Nawet większość Izraelczyków była przeciwko inwazji na Irak, sam więc pomysł, że to Żydzi pozostający na usługach Szarona, izraelscy agenci manipulują amerykańską administracją, wciągając USA w wojnę z Saddamem Husajnem, jest po prostu komiczny. Jeśli Izraelczycy czegoś chcieli, to raczej tego, byśmy zaatakowali Iran. Mimo to wielu ludzi na świecie wierzy w żydowski spisek. W te nonsensy, że neokonserwatyści są tak naprawdę trockistami i tak dalej. Widać w tym element antysemityzmu, bez wątpienia. reszta artykułu Hubert Kozieł: Obrażeni muzułmanieAutor: foxmulder Dodano: niedziela, 25 lutego 2007 - 15:49
1709 raz(y) oglądano.
Hubert Kozieł
Obrażeni muzułmanie Przybyła z głębi pustyni cywilizacja, od zawsze wroga Europie, skutecznie narzuca milionom ludzi cześć dla swego fałszywego proroka. Nawet Namiestnik Chrystusa pod wpływem gróźb pogromów chrześcijan przeprasza wyznawców półksiężyca za swe urojone winy. Gdy coś im się nie podoba w naszym zachowaniu, gdy nie jesteśmy tacy jakim chcieliby nas widzieć, palą ambasady, wysadzają się w powietrze w autobusach, obcinają ludziom głowy i grożą, że nas wszystkich pozabijają, jeżeli nie przyznamy że islam to religia pokoju, nie ma boga prócz Allaha a Mahomet jest jego prorokiem. Muzułmanie są grupą konfesyjną, której członkowie najczęściej na świecie czują się obrażeni. Wpisanie w Google wyrażenia ,,muslims offended” daje wynik 1120000 wyszukań. Co ich tak obraża? Ta zniewaga krwi wymaga Ostatnio muzułmanów obraził przeszklony, sześcienny budynek na Piątej Alei w Nowym Jorku będący wejściem do sklepu koncernu Apple. Czują się oni obrażeni tym, że przypomina on kształtem Kaabę w Mekce i podobnie jak Kaaba... jest otwarty 24h na dobę. Dodatkowo przytaczają fałszywą plotkę, że nazywany jest on ,,Apple Kaaba” i sprzedaje się tam alkohol. Wszyscy mieszkający w sześciennych domach już powinni zacząć się bać... Koncern Burger King musiał wyrzucić tysiące opakowań na lody, gdyż jeden muzułmanin zagroził dżihadem, gdyż według niego czekoladowy wzorek układający się na waniliowym tle był podobny do jednego z imion Allaha. Muzułmanom nie podobają się też świnki-skarbonki. Z działu socjalnego biura brytyjskiego radnego z West Midlands nakazano zabrać wszystkie przedmioty związane z tymi zwierzętami. Zarówno porcelanowe figurki, kalendarze, poduszki a nawet pojemniki na chusteczki z wizerunkiem Prosiaczka z Kubusia Puchatka. Stało się tak po tym, jak jeden muzułmanin w paczce ze stress relievers przypadkowo dostał pluszową świnkę. Tymczasem turecka państwowa telewizja usunęła z programu rysunkową wersję "Kubusia Puchatka", ponieważ występuje w niej ... Prosiaczek. Islamscy duchowni z Arabii Saudyjskiej uznali Pokemony za przejaw syjonistycznego spisku. Ich odpowiednicy z Iranu wskazują, że również film ,,Piraci z Kraibów II” to syjonistyczne knowania, na razie nie wiadomo czemu mające służyć... Duńscy muzułmanie oburzyli się na to, że w lokalnych sklepach sprzedawane są ,,żydowskie ciastka”. Te słodycze nie są żydowską potrawą i nie mają poza nazwą nic wspólnego z żydowskością, ale tolerancyjni i pokojowi wyznawcy islamu po raz kolejni poczuli się osaczeni przez syjonizm... Islam może obrazić też angielska flaga. W czasie mundialu brytyjska bulwarówka ,,The Sun” prowadziła kampanię w obronie flagi św. Jerzego, gdyż w niektórych pubach i miejscach pracy zakazywano jej wywieszania z uwagi na to, że może przypomnieć ona muzułmanom krucjaty. Pożyteczny idiota o nazwisku Chris Doyle, szef Rady na rzecz wspierania Brytyjsko-Muzułmańskiego Zrozumienia sugerował nawet, że Anglia powinna sobie znaleźć nową flage i nowego świętego patrona, gdyż święty Jerzy był rycerzem a flaga Anglii to czerwony krzyż na białym polu a tym znakiem posługiwali się krzyżowcy. Niech nas nie zwiedzie absurdalność tych żądań. Islam w najczystszej formie jest nietolerancyjny i nigdy nie pozwoli na to jakąkolwiek cywilizacyjną konkurencję. Islamscy fanatycy chcą byśmy każdą ich zachciankę traktowali jak rozkaz. Wówczas podporządkują sobie również chrześcijaństwo. Niech nie zdziwi nas więc ta wiadomość z Amsterdamu: Decyzją lokalnego samorządu usunięto biały krzyż, który był pomnikiem upamiętniającym ofiary II wojny światowej (napis na krzyżu głosił "Aan hen die vielen" - tym którzy polegli). Wzburzyło to całą Holandie. Krzyż został usunięty ponieważ naprzeciwko budowany jest meczet-gigant - Westermoskee. Krzyż usunięto co prawda już wcześniej w związku z pracami budowlanymi ale teraz władze stwierdziły że już nie wróci a zastąpi go symbol neutralny religijnie który będzie kosztował 50 tysięcy Euro (szkoda że muzułmanie nie postawili obok krzyża meczetu neutralnego religijnie). Od historii o Koranie spłukiwanym w klozetach bazy Guantanamo poprzez Michała Wiśniewskiego, Kubusia Puchatka, lody czekoladowe, sześcienne budynki po krzyże, kościoły i papieskie słowa – muzułmanów może obrazi dzisiaj dosłownie wszystko. Karykatury papieskiego wykładu w Ratyzbonie Często się zastanawiałem jak to się stało, że miliony na wpół niepiśmiennych i nie mających dostępu do mass mediów muzułmanów z uwagą wsłuchiwało się w słowa papieskiego wykładu w Ratyzbonie. Spokoju nie dawało mi też to, że muzułmanie z jeszcze większym zainteresowaniem czytają pewną prowincjonalną duńską gazetę. I poza tym skąd oni znają duński? Wiele wskazuje, że za wybuchami islamskiego gniewu stoi określona strategia. Choć muzułmanie i islamofile oskarżali o publikację karykatur Mahometa w gazecie Jytlands Posten CIA i Mosad, wskazując jako jedyną poszlakę znajomość naczelnego gazety z Danielem Pipesem, to pewne fakty wskazują, że za całą aferą z podobiznami fałszywego proroka stać mogą skrajne kręgi islamskie. Duński muła Abu Laban, który w latach ’90-tych był tłumaczem przywódcy organizacji terrorystycznej Gemaa Islamiya, w listopadzie 2005r. odbył podróż po Bliskim Wschodzie, podczas której rozprowadzał broszurkę przedstawiającą wspomniane karykatury oraz kilkanaście fałszywych, rzeczywiście wulgarnych obrazków mających przedstawiać Mahometa. Na jednym z nich rzekomo widniał Mahomet ze świńskim pyskiem i uszami. Później okazało się, że Laban jako karykaturę Mahometa przedstawił skserowane zdjęcie przedstawiające... uczestnika konkursu udawania świńskich odgłosów w Kanadzie. Duński muła zadbał o przekazanie sfałszowanych karykatur min. przywódcom Hamasu i Hassanowi Nasrallahowi. Nie robił tego bynajmniej po to, by prosić ich o modlitwę o nawrócenie ,,bluźnierców”. Cała akcja skoordynowana była z wyborami w Autonomii Palestyńskiej i miała zastraszyć Unię Europejską, by popierała tworzony przez Hamas palestyński rząd. W tle był również program nuklearny Iranu. Na czele Rady Bezpieczeństwa ONZ miała niedługo stanąć właśnie Dania. Duńscy żołnierze brali udział w wojnach w Iraku i w Afganistanie, poza tym rząd w Kopenhadze zaczynał się przypatrywać miejscowym islamskim fundamentalistom i zaostrzał przepisy imigracyjne. O tym, że oburzenie muzułmanów było wyreżyserowane może świadczyć fakt, że karykatury te zostały opublikowane w październiku 2005r. przez poczytną egipską gazetę ,,Al.-Fager”. I czy spotkało się to z oburzeniem? Czy grożono redaktorom i wydawcy śmiercią? Czy spalono gdzieś egipską ambasadę? Nie! Nic takiego się nie zdarzyło. Muzułmańska ulica przyjęła tą sprawę z całkowitą obojętnością. Wbrew popularnym mitom publikowanie wizerunków Mahometa nie jest bowiem przez wszystkich muzułmanów uznawane za bluźnierstwo. Dowodzą tego liczne jego wizerunki: zarówno te z głębokiego średniowiecza jak i z bliższych nam czasów. W krajach islamskich kręcono nawet filmy i seriale o życiu ,,proroka”! Muzułmanie zawsze się obrażają pod byle pretekstem i żądają złożenia przeprosin za domniemane winy w jak najbardziej upokarzający sposób. Sami jednak nigdy nie czują się zdolni do przepraszania. Jakiś czas temu urządzono dla grupki indonezyjskich dzieci konkurs na najlepszą karykaturę przedstawiającą duńskich monarchów jako świnie. Nazwanie kogoś świnią to w islamie najgorsza zniewaga... Bomb the casbah.... W czasie afery z karykaturami w Indonezji skazano na śmierć trzy chrześcijańskie nauczycielki, za nawracanie dzieci na chrześcijaństwo. To była obraza islamu. Mahomet jest obrażany za każdym razem, gdy muzułmanin przechodzi na chrześcijaństwo, za każdym razem gdy powstaje nowy kościół. Obrazą dla islamu, jest to że cały świat nie przyjął szariatu, że dżihad nie triumfuje... Obrazą są posągi Buddy w Afganistanie i interwencja w Darfurze. Ostatnio za obrazę islamu pakistańscy radykałowie uznali ochronę zgwałconych kobiet. Muzułmanie nie myślą natomiast, czy kogoś obrażają, gdy wysadzają się w powietrze w londyńskim metrze, gdy siłą nawracają chrześcijan na islam w Sudanie, gdy handlują niewolnikami, gdy wsadzają ludzi do więzienia w Arabii Saudyjskiej za posiadanie krzyżyka lub Biblii... Uraziły ich słowa Oriany Fallaci, ale uważają za stosowne demonstrować w Londynie po zamachach z 7 VII 2005r. z transparentami: ,,Europo, szykuj się na prawdziwy holokaust” i w przebraniach zamachowców-samobójców. Każdy kto im zwraca uwagę jest uznawany za islamofoba. Wskazują, że terroryści i fanatycy to tylko mniejszość wyznawców ,,religii pokoju”, lecz zbiorowo osądzają wszystkich nie muzułmanów o ,,spiskowanie przeciwko Prorokowi”. Może nam się nie podobać, to co pisała pani Fallaci, ale zwróćmy uwagę, kto najgłośniej przeciwko niej protestował. Osobą tą był Adel Smith – przywódca związku włoskich muzułmanów. Nazwał on Jezusa Chrystusa ,,trupkiem na drzewie” i wyrzucił publicznie przez okno krucyfiks. Pozwał też do sądu za islamofobię Jana Pawła II. Zarzucają nam, że mamy drzazgę w oku, ale nie widzą belki we własnym... Teoretycy dżihadu dzielą świętą wojnę na trzy fazy. W pierwszej muzułmanie mają się pokojowo odnosić do ,,niewiernych” i infiltrować ich środowiska, budując swoje zaplecze. Gdy liczebność muzułmanów i ich siła wzrasta mogą przejść do drugiej fazy, będącej odpowiednikiem europejskich pojęć o wojnie partyzanckiej i terrorystycznej. Trzecia faza, gdy islam góruje siłą nad ,,niewiernymi” to już otwarta konfrontacja zbrojna zakończona eksterminacją i zniewoleniem niemuzułamanów. Obecna sytuacja przypomina drugą fazę. Mamy do czynienia z agresywną kampanią mającą na celu zastraszenie Europy i zmuszenie jej do oddawania szacunku islamowi. Prowadzą ją nie tylko muzułmańscy fanatycy, ale też dziesiątki pożytecznych idiotów myślących, że gdy będą dla bestii łagodni, to i ona złagodnieje. Sztuczne oburzenie na papieski wykład w Ratyzbonie jest jednym z przejawów tej wyrafinowanej kampanii. Chrześcijanie nie mogą dać się zwieść defetystycznej propagandzie ekumenizmu, lecz uświadomić sobie, że islam nie jest dążącą do pokoju religią wyznawców ,,tego samego Boga”. Jest on i był zawsze dla wiary katolickiej wielkim zagrożeniem. Religią synkretyczną o uniwersalistycznych, totalitarnych pretensjach. Przejawem działania upadającej cywilizacji trapionej kompleksami wobec Zachodu, która nie mogąc tego Zachodu prześcignąć chce go zniszczyć i wchłonąć. Jednakże Bóg nie pozwoli na zwycięstwo fałszywej doktrynie. Jak zapisano w Apokalipsie, miejsce fałszywych proroków jest w jeziorze siarką gorejącym... Notatka: Tekst ukazał się w lutowym numerze miesięcznika ,,Zawsze Wierni"
Twoja prawda, moja prawda i g.... prawdaAutor: mchristian Dodano: piątek, 23 lutego 2007 - 22:32
1124 raz(y) oglądano.
Chrześcijanie w krajach islamuAutor: redakcja Dodano: środa, 21 lutego 2007 - 10:24
1209 raz(y) oglądano.
Przywołując tragiczny niekiedy dziś los chrześcijan w krajach islamu, należy wystrzegać się krzywdzącej wielu muzułmanów generalizacji. Postrzeganie tysiąca trzystu lat współżycia wyznawców obu religii jako okresu nieustannych prześladowań stanowi nadużycie. Dobra rada: niech Europa i Stany Zjednoczone zabiegają o prawa chrześcijan na Bliskim Wschodzie w sposób niezwykle delikatny i wyważony. Jakiekolwiek żądanie wypowiedziane z pozycji wyższości może mieć tragiczne skutki. Pamiętajmy, że w wielu miejscach chrześcijaństwo identyfikuje się z kulturą Zachodu, a w całym świecie islamu boleśnie odczuwa się cywilizacyjne i ekonomiczne zapóźnienie. Skutkuje to nieustanną frustracją panującą w społeczeństwach muzułmańskich, co w połączeniu z chęcią wykazania duchowej wyższości nad „zepsutym” Zachodem prowadzić może do odwetów na miejscowych wyznawcach Chrystusa. Druga religia Bliskiego Wschodu Zaskakujące dane podał prof. José Luis Orella, wykładowca historii i myśli na Wydziale Nauk o Człowieku i Środków Przekazu Uniwersytetu św. Pawła – CEU w Madrycie. Według niego, w ciągu ostatnich 30 lat liczba katolików w Arabii Saudyjskiej wzrosła z niespełna 200 tysięcy do ponad 800 tysięcy. Kraj ten nie stanowi wyjątku w regionie. Zdaniem profesora podobna sytuacja ma miejsce także w innych bogatych państwach Półwyspu Arabskiego (Kuwejt, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie), w których żyje w sumie ponad 3 miliony wyznawców Chrystusa. Przywołana rosnąca liczba chrześcijan w roponośnych państwach Półwyspu Arabskiego kontrastuje z odmienną tendencją w niektórych krajach Bliskiego Wschodu, gdzie lokalne wspólnoty chrześcijańskie od dawna topnieją. W ostatnim czasie spadek populacji jest wręcz gwałtowny. Pół wieku temu społeczność chrześcijańska w Egipcie stanowiła ponad 20 procent ludności, obecnie skurczyła się do 10 procent. Podobna tendencja spadkowa występuje w Iranie (z 15 procent do 1 procenta), Syrii (z 40 procent do 8) i Iraku. Poszukując przyczyn tak szybkich zmian populacji chrześcijańskich na Bliskim Wschodzie, należy przyjrzeć się ogólnemu stosunkowi muzułmanów do chrześcijaństwa oraz sytuacji i warunkom życiowym chrześcijan w poszczególnych państwach regionu. Chrześcijaństwo jest drugą pod względem liczebności wiernych religią na Bliskim Wschodzie. Pomimo braku dokładnych danych, liczbę wyznawców Chrystusa w regionie szacuje się na około 20 milionów, co stanowi 5 procent ogółu ludności. Najwięcej chrześcijan zamieszkuje Egipt (8 milionów), Syrię (1,5 miliona) i Liban (1,5 miliona). Co istotne, chrześcijanie Bliskiego Wschodu nie stanowią monolitu lecz przynależą do różnych denominacji. W większości są to przedstawiciele kościołów wschodnich, jak Kościół Koptyjski, Asyryjski czy Maronicki, jednakże spotkać można także katolików i protestantów. Bliskowschodni chrześcijanie mogą się poszczycić historią sięgającą czasów sprzed życia Mahometa. W chwili pojawienia się na świecie islamu chrześcijaństwo istniało już prawie sześć wieków i było rozpowszechnione na Bliskim Wschodzie. Stosunek kształtującej się religii do wyznawców Chrystusa ulegał zmianom. Zarówno Koran jak i hadisy (opowieści o życiu Mahometa i jego wypowiedzi) nie zawierają jednoznacznego obrazu starszej religii. W niektórych wersetach jest ona potępiana za ukryty politeizm (sury 5:73-74), kult obrazów i świętych, w innych zaś stawiana za wzór głębokiej wiary wyznawcom islamu. Chrześcijanie, podobnie jak żydzi, uważani są przez Koran za „ludzi Księgi” (ahl al-kitab), czyli posiadających objawione przez Boga Pismo Święte. Niezgodna z muzułmańskim objawieniem wiara „ludzi Księgi” wynika według Koranu z błędnej interpretacji świętych ksiąg (sura 3:187), ale także – jak można zrozumieć z niektórych jego fragmentów – fałszerstwa świętych tekstów bądź posiadania tylko ich części (sura 4:44). Natomiast zawarte w hadisach praktyczne wskazówki dla wiernych zalecają nawracać chrześcijan na islam wyłącznie drogą pokojową, bez odwoływania się do przymusu. Ci wyznawcy Chrystusa, którzy nie walczą z muzułmanami, powinni mieć możliwość praktykowania swojej wiary, będąc jedynie zobowiązanym do płacenia podatku pogłównego (sura 9:29). Regionalne niuanse Opisując sytuację chrześcijan na Bliskim Wschodzie trzeba pamiętać, że nie jest ona jednakowa. W państwach posiadających długą historię obecności chrześcijaństwa na swoich terenach jak Jordania, Liban czy Izrael, w większości przypadków chrześcijanie cieszą się wolnością wyznania, co jest uwarunkowane tradycjami historycznymi. Miejscowi wyznawcy posiadają więc swoje świątynie, szkoły i klasztory. Zdaniem znawcy Bliskiego Wschodu Roberta Betts’a „w państwach tych chrześcijańsko-muzułmańskie konflikty są zazwyczaj szybko lokalizowane i likwidowane”. Na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Jerozolimie obecna sytuacja wyznawców Chrystusa nie jest jednak komfortowa. Przejęcie władzy przez Hamas zwiększyło wpływ radykalnego islamu na politykę palestyńską, co w połączeniu z działalnością muzułmańskich grup bojowych oraz akcjami odwetowymi izraelskiego wojska przyczyniło się do znacznej emigracji ludności chrześcijańskiej. Warto podkreślić, iż wierni kościołów Zachodniego Brzegu to w większości Palestyńczycy, a więc w konflikcie izraelsko-palestyńskim w sposób naturalny stoją po stronie palestyńskiej. Odrębny temat stanowi Turcja – kraj zlaicyzowany, z aspiracjami europejskimi i uważany za tolerancyjny. Jednakże wielu tureckich chrześcijan skarży się, iż w ich ojczyźnie łatwiej być ateistą niż chrześcijaninem. Dobrym odzwierciedleniem stosunków panujących w Turcji jest fakt, iż dopiero trzy tygodnie przed wizytą Ojca Świętego Benedykta XVI parlament turecki przyjął ustawę zezwalającą mniejszościom religijnym na nabywanie nieruchomości. Wyjątkami wśród krajów z bogatą tradycją obecności chrześcijaństwa są Egipt oraz Irak, w których panuje nieustanne napięcie. W Egipcie największa miejscowa wspólnota chrześcijańska – Koptowie jest jawnie dyskryminowana przez państwo. Odmawia jej się udziału we władzy, a jej przedstawicielom uniemożliwia zajmowanie ważnych stanowisk i wykonywanie określonych zawodów. Pomimo tego muzułmanie zazdroszczą Koptom relatywnie wysokiego poziomu życia, a każdy kryzys ekonomiczny powoduje wzmożenie działań bojówek muzułmańskich. Są one szczególnie aktywne w północnym Egipcie, gdzie często dochodzi do brutalnych ataków na Koptów. W styczniu 2000 roku w miejscowości Al-Kosze, przy obecności egipskiej policji, muzułmańscy fanatycy zamordowali 25 osób. Ponadto dość powszechną praktykę w Egipcie stanowi porywanie młodych chrześcijanek przez islamistów w celu zmuszenia ich do przyjęcia islamu i małżeństwa z muzułmaninem. Wszystko to sprawia, że obecnie, po raz pierwszy od 1950 roku, ludność koptyjska masowo emigruje z kraju. W najgorszym położeniu znajdują się chrześcijanie w Iraku. Dyskryminowani pod rządami Saddama Husajna (podobnie jak szyici i Kurdowie, choć minister spraw zagranicznych Tarik Aziz był chrześcijaninem), po obaleniu reżimu zostali okrzyknięci kolaborantami, niewiernymi, a nawet krzyżowcami. Sytuację irackich chrześcijan pogarsza fakt, iż w większości są to Asyryjczycy – członkowie niearabskiej mniejszości etnicznej posługującej się językiem aramejskim. Zamieszkują oni przeważnie północny region kraju, gdzie ich dążenia do autonomii napotykają silny opór Kurdów. Pokrywający się podział etniczny i religijny czyni chrześcijan w Iraku nieustającym celem ataków fundamentalistów religijnych obu odłamów islamu. Głośnym echem na świecie odbiło się niemal jednoczesne zdetonowanie 1 sierpnia 2004 roku pięciu bomb w kościołach Mosulu i Bagdadu. Ten i inne ataki zmuszają miejscowych chrześcijan do exodusu. Szacuje się, iż stanowią oni od 20 do 90 procent uchodźców irackich do Syrii, podczas gdy ich odsetek w Iraku wynosi zaledwie 3 procent. Nieco odmiennie sytuacja wygląda w tych państwach Bliskiego Wschodu, w których obecność chrześcijaństwa jest współcześnie zjawiskiem nowym. Dotyczy to zwłaszcza wahabickiej Arabii Saudyjskiej. Kiedy trzynaście wieków temu Półwysep Arabski opanowali wyznawcy islamu, wszystkich chrześcijan wypędzono. We współczesnych czasach panujący nad święta ziemią islamu reżim Saudów utrzymał specjalne ograniczenia dla innowierców. Nie terenie Arabii Saudyjskiej chrześcijanie (i inni innowiercy) nie mogą mieć swoich świątyń, posiadać symboli religijnych, ani gromadzić się i modlić publicznie. Za złamanie zakazów grozi chłosta, kilkuletnie więzienie, a nawet (w przypadku poślubienia chrześcijanina przez muzułmankę) – kara śmierci. Surowe prawo obowiązuje zarówno miejscowych chrześcijan, jak i pracowników zagranicznych firm i turystów odwiedzających kraj. Przekonał się o tym Filipiński katolik Donato Lama, który w październiku 1995 roku został aresztowany pod zarzutem ewangelizacji. Skazany na 70 uderzeń chłosty oraz 19 miesięcy więzienia, po wykonaniu kary był odesłany do ojczyzny. Saudyjskie ustawodawstwo jest bezwzględnie egzekwowane. Państwowa policja religijna – Muttawa przeprowadza często rewizje w prywatnych mieszkaniach, jeżeli zachodzi podejrzenie że są tam odprawiane nabożeństwa. W kwietniu 2005 roku Muttawa zatrzymała 40 Pakistańczyków oskarżając ich o uczestnictwo w potajemnej mszy świętej. Niezwykle trudna sytuacja chrześcijan w Arabii Saudyjskiej, nie powoduje spadku ich liczebności. W kraju tym, podobnie jak w Omanie, Katarze i Kuwejcie, następuje (przywołany na wstępie) znaczny wzrost populacji chrześcijan. Proces ten stanowi konsekwencję migracji biednych obywateli państw Azji i Afryki. W większości są to mieszkańcy Filipin, Indii, Pakistanu i Etiopii, przybyli do zamożnych krajów w poszukiwaniu pracy. Jednakże ogólna liczba chrześcijan na Bliskim Wschodzie systematycznie maleje. Zdaniem neokonserwatywnego publicysty Daniela Pipes’a wpływ na to mają prześladowania i niskie wskaźniki urodzin. Według niego, jeżeli obecna tendencja nie ulegnie zmianie, chrześcijanie na Bliskim Wschodzie stracą swoją żywotność kulturalną i znaczenie polityczne w ciągu jednej lub dwu dekad. . Bronić, ale delikatnie Pomimo zróżnicowania sytuacji chrześcijan w państwach Bliskiego Wschodu można spróbować wyciągnąć ogólne wnioski. W wielu konstytucjach krajów Bliskiego Wschodu znajduje się zapis mówiący, że religią państwową i głównym źródłem prawa jest islam, co skutkuje traktowaniem chrześcijan jako obywateli drugiej kategorii. Wydaje się jednak, że dyskryminacja prawna nie jest najgorszą rzeczą spotykającą chrześcijan. O wiele ważniejszy problem stanowią brutalne ataki fundamentalistów muzułmańskich, przybierające często formę zwykłych czystek etnicznych czy religijnych. Niemały wpływ na to ma także fakt, że na Bliskim Wschodzie, odwrotnie niż w Europie, dominuje polityka religijna, a sekularyzacja jest w zaniku. Zdaniem libańskiego dziennikarza Hazema Saghieh’a, w tej chwili „bycie anty-chrześcijańskim jest sposobem na udowodnienie, jakim się jest dobrym muzułmaninem”. Przywołując niekiedy tragiczny los chrześcijan, należy jednak wystrzegać się krzywdzącej wielu muzułmanów generalizacji. Postrzeganie tysiąca trzystu lat współżycia chrześcijan i wyznawców Religii Proroka jako okresu nieustannych prześladowań stanowi nadużycie. Takie ujęcie problemu nie uwzględnia pozytywnych aspektów koegzystencji przedstawicieli obu religii, w tym okresów i miejsc w których chrześcijanie cieszyli się i cieszą sporą swobodą, a niekiedy także uznaniem. Ponadto wydaje się, iż przedstawianie chrześcijan na Bliskim Wschodzie jako całkowicie odsuniętych na margines i będących na krawędzi wyginięcia jest wyolbrzymieniem. Słuszną rzeczą jest zatem, by Europa i Stany Zjednoczone zabiegały o prawa chrześcijan w sposób niezwykle wyważony. Jakiekolwiek żądanie wypowiedziane z pozycji wyższości może mieć tragiczne skutki. Pamiętać trzeba, iż w wielu miejscach chrześcijaństwo identyfikowane jest z kulturą Zachodu, a w całym świecie islamu boleśnie odczuwa się cywilizacyjne i ekonomiczne zapóźnienie. Skutkuje to nieustanną frustracją panującą w społeczeństwach muzułmańskich, co w połączeniu z chęcią wykazania duchowej wyższości nad „zepsutym” Zachodem prowadzić może do odwetów na miejscowych wyznawcach Chrystusa. zrodlo artykulu - Polskie Radio Sprawność ekonomiczna państw muzułmańskich wynosi 29,2 %Autor: Anonymous Dodano: niedziela, 18 lutego 2007 - 20:45
2201 raz(y) oglądano.
Michał Christian
Przesyłam kolejny fragment z mojej ksiązki : "Muzułmanie, islam i ja". Pytaj w księgarniach lub zamów : 012/388-53-80, fax : 012/388-50-21 Nazywają mnie teraz 'niewierna'Autor: Anonymous Dodano: piątek, 16 lutego 2007 - 12:42
1403 raz(y) oglądano.
Prezentuje tu fragment wywiadu radiowego przeprowadzonego przez Dennisa Pragera z Noni Darvish, autorki nowej ksiazki "They Call Me Infidels". Noni jest Arabką, apostatką Islamu, która po emigracji do USA została chrzescijanką. Wychowywała się w znanej i wpływowej rodzinie arabskiej w Egipcie i w Gazie.
Cały artykuł: 'Nazywają mnie teraz 'niewierna'' (14305 B więcej)
Z powodu ramadanów nie pracowali 119 lat !Autor: mchristian Dodano: wtorek, 13 lutego 2007 - 21:22
1245 raz(y) oglądano.
Michał Christian
Kolejne moje listy i spostrzeżenia z Algierii, z przed dwudziestu lat Cały artykuł: 'Z powodu ramadanów nie pracowali 119 lat !' (13690 B więcej)
Szariat nad TamiząAutor: wampirski Dodano: wtorek, 13 lutego 2007 - 13:04
1173 raz(y) oglądano.
Nasila się religijność i poczucie odrębności brytyjskich muzułmanówSytuacja nie wygląda dobrze: młodzi brytyjscy muzułmanie są nastawieni coraz bardziej antyzachodnio. Ponadto mają bardziej fundamentalistyczne przekonania w najważniejszych kwestiach społecznych i politycznych niż ich rodzice czy dziadkowie. To rezultat między innymi błędnej polityki integracyjnej. Cały artykuł: 'Szariat nad Tamizą' (2742 B więcej)
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Islam, Europa, lewica, prawica, Polska, Terroryzm, polityka, Izrael, Iran |