|
08-02-2012 - 07:55
|
||||||
![]() |
||||||
Menu główneInformacja
Strona która oglądasz jest tylko archiwum materiałów z poprzednich lat i nie jest już aktualizowana. Jeśli chcesz wejść na obecny portal Europa 21 - z najnowszymi informacjami - kliknij tutaj
forum
Online
Obecnie jest 12 gości i 0 użytkowników online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować tutaj |
Były mufti Marsylii o sekularyzmie i reformie islamuAutor: NeWave Dodano: piątek, 01 grudnia 2006 - 03:22
1064 raz(y) oglądano.
28 listopada 2006 MEMRI, No.1368
Middle East Media Research Institute Soheib Bencheikh, w przeszłości mufti Marsylii: 'Islam musi być krytykowany, dokładnie tak jak chrześcijaństwo było krytykowane w czasie oświecenia; islam to przekaz dla całej ludzkości – dlatego nie jest własnością [samych] muzułmanów' Dr. Soheib Bencheikh urodził się w Jeddah, w Arabii Saudyjskiej w roku 1961, studiował teologię islamską na uniwersytecie Al-Azhar, a swój doktorat uzyskał na prestiżowej paryskiej Ecole Pratique des Hautes Etudes (EPHE). W przeszłości był muftim Marsylii we Francji, obecnie jest on członkiem Francuskiej Rady d/s Religii Muzułmańskiej [1] i szefem Francuskiego Instytutu Nauki Islamskiej. [2] Ostatnio zgłosił swą kandydaturę do kwietniowych wyborów prezydenckich we Francji w roku 2007, i otworzył swój internetowy portal wyborczy (http://www.elanrepublicain.net ). Poza tym, jeden z jego popleczników prowadzi blog (http://soheib.bencheikh.over-blog.com ), na którym można znaleźć wywiady, których [Bencheikh] udzielił prasie, a także linki do innych francuskich reformistycznych witryn muzułmańskich. Bencheikh wierzy, że sekularyzm typu francuskiego jest warunkiem niezbędnym do reformy islamu, i wzywa zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów do uczestnictwa w krytykowaniu islamu, reinterpretacji jego świętych tekstów, zwalczania fundamentalizmu, i pomagania islamowi w przystosowaniu się do współczesności. Poniżej są fragmenty wywiadów, umieszczonych na jego oficjalnej witrynie, których Bencheikh udzielił gazetom francuskim i algierskim: Cały artykuł: 'Były mufti Marsylii o sekularyzmie i reformie islamu' (10361 B więcej)
Prawdziwy zmierzch Zachodu - XXI wiek - upadek zachodu upadkiem Nowego Cesarstwa Rzymskiego?Autor: redakcja Dodano: wtorek, 28 listopada 2006 - 02:04
3749 raz(y) oglądano.
![]() Wbrew pozorom XX wiek wcale nie był okresem triumfu Zachodu czy apogeum jego potęgi - twierdzi Niall Ferguson. Wręcz przeciwnie, od początku tamtego stulecia w siłę zaczęły rosnąć państwa Wschodu, a Zachód powoli, ale nieubłaganie zaczął tracić na znaczeniu. Dziś zdaniem Fergusona sławne dzieło Edwarda Gibbona o zmierzchu i upadku cesarstwa rzymskiego pozostaje lekturą zaskakująco aktualną, mamy bowiem do czynienia z coraz liczniejszymi oznakami zmierzchu Zachodu. Zjawiska, które Gibbon uznał za bezpośrednie przyczyny upadku Rzymu (nadmierna ekspansja zewnętrzna, wewnętrzne zepsucie, zmiana religii oraz inwazje barbarzyńców), można, choć w innej formie, zaobserwować także dziś: Ameryka prowadzi politykę imperialną, nie mając po temu wystarczających środków, zachodnia kultura degeneruje się, wytwarzając nowe zastępy barbarzyńców, Europa porzuca chrześcijaństwo, a nielegalni imigranci zalewają kraje Zachodu. Dwieście trzydzieści lat temu Edward Gibbon opublikował pierwszy tom "Zmierzchu i upadku cesarstwa rzymskiego", dzieła, które narodziło się, jak to sam ujął, "w ruinach Kapitolu" w Rzymie. Ja wśród błyszczących i wciąż nienaruszonych gmachów innej stolicy zacząłem (nazbyt bezczelnie zapewne) obmyślać ciąg dalszy, który można by dopisać do tej książki: historię zmierzchu Zachodu, czyli szczególnego zbioru przekonań i instytucji, którego początki tkwią w Grecji i który dzięki Rzymianom zapuścił korzenie w całej Europie, wchłonął chrześcijaństwo pod rządami cesarza Konstantyna, a za sprawą Kolumba zawitał do Nowego Świata. Idea zmierzchu Zachodu nie jest nowa. Po I wojnie światowej emerytowany niemiecki nauczyciel Oswald Spengler opublikował pierwszy tom najbardziej wpływowej książki XX wieku, której tytuł - "Der Untergang des Abendlandes" - tłumaczony jest zazwyczaj jako "Zmierzch Zachodu". Dziś jednak niewielu ludzi przejmuje się Spenglerem - jego styl jest zbyt napuszony, dług wobec Fryderyka Nietzschego zbyt wielki, wpływ na nazistów (na których głosował, ale przeciw którym ostatecznie się opowiedział) zbyt oczywisty. Nikt nie bierze na serio jego osobliwej teorii, zgodnie z którą cywilizacje, niczym pogoda, zmieniają się zgodnie z rytmem pór roku. Wydarzenia, które miały miejsce po 1945 roku, zdawały się podważać główną Spenglerowską tezę o upadku Zachodu. Znacznie bardziej przekonujący wydawał się obraz historii XX wieku jako dalszego ciągu zachodniej dominacji. "Większość wydarzeń ostatnich trzech wieków" - napisał nieżyjący już brytyjski historyk J.M. Roberts w swojej książce >>Triumf Zachodu<< opublikowanej w 1985 roku - "to historia absolutnego triumfu Zachodu". Nie tylko triumfu potęgi militarnej, ale przede wszystkim triumfu zachodniej kultury. Zaledwie cztery lata później XX wiek zdawał się wkraczać w kulminacyjną fazę, która była miażdżącym zwycięstwem Zachodu - nastąpił rozpad imperium radzieckiego w Europie Wschodniej i upadek samego ZSRR. Tuż przed tymi wydarzeniami Francis Fukuyama wypowiedział swoje słynne zdanie o "końcu historii" oraz zwycięstwie zachodniego modelu liberalnego i demokratycznego kapitalizmu. Zachód, daleki od przewidywanego przez Spenglera upadku, wydawał się osiągać w XX wieku szczyt swej potęgi. Neokonserwatyści w Stanach Zjednoczonych, odurzeni tym, że ich państwo stało się niedoścignionym "hipermocarstwem" i osiągnęło "pełną dominację", gdy chodzi o prowadzenie wojny, zastanawiali się jedynie, jak można utrzymać tę supremację przez kolejne "amerykańskie stulecie". To odwrócenie wizji Spenglera jest pod wieloma względami błędnym odczytaniem historycznej trajektorii ostatnich stu lat. Ubiegły wiek nie był bynajmniej okresem dominacji Zachodu - w jego trakcie nastąpiła pewnego rodzaju reorientacja świata (choć tylko częściowa), a także relatywny spadek znaczenia Zachodu (w porównaniu ze stuleciem poprzednim). W 1900 roku Zachód rzeczywiście rządził światem. Od cieśniny Bosfor po cieśninę Beringa, od Syberii po Cejlon niemal wszystko, co nazywano wtedy Wschodem, znajdowało się pod taką czy inną formą imperialnej władzy Zachodu. Brytyjczycy od dawna rządzili w Indiach, Holendrzy w Indiach Wschodnich, Francuzi w Indochinach. Amerykanie właśnie zajęli Filipiny, a Rosjanie aspirowali do sprawowania kontroli nad Mandżurią. Wszystkie potęgi imperialne utrzymywały swoje pasożytnicze przyczółki w Chinach. Krótko mówiąc, Wschód został ujarzmiony, nawet jeśli proces ten wymagał znacznie bardziej złożonych negocjacji i kompromisów pomiędzy rządzącymi i rządzonymi niż to sobie ówcześnie uświadamiano. Zachodnia hegemonia była jedną z największych asymetrii w historii świata. Razem wzięte metropolie wszystkich zachodnich imperiów - amerykańskiego, belgijskiego, brytyjskiego, holenderskiego, francuskiego, niemieckiego, włoskiego, portugalskiego i hiszpańskiego - zajmowały 7 proc. powierzchni ziemi i były zamieszkane przez 18 proc. ludności świata. Jednak ich włości obejmowały 37 proc. światowego terytorium i 28 proc. ludności. Jeżeli zaś uznamy imperium rosyjskie za jeszcze jedno europejskie imperium rozciągające się w głąb Azji, całkowity zasięg zachodnich imperiów urasta do ponad połowy ogólnego obszaru i ludności świata. Była to polityczna globalizacja, z którą nic - ani przedtem, ani potem - nie mogło się równać. Co umożliwiało w 1900 roku zachodniej mniejszości rządzenie większością na Wschodzie? Nie tyle wiedza naukowa sama w sobie, co jej systematyczne stosowanie zarówno w dziedzinie produkcji, jak i destrukcji. Imperia Wschodu, od otomańskiego po imperium Qing, poniosły druzgoczącą porażkę, gdy chodzi o modernizację. Ich gospodarki pozostały uwięzione w pułapce rolnictwa produkującego jedynie na własne potrzeby, podczas gdy Zachód rozwijał się dynamicznie, kolonizując i uprzemysławiając, konsumując cukier i spalając węgiel. Ich system podatkowy był nieskuteczny - zmuszał wschodnich władców do zaciągania pożyczek od zachodnich bankierów. Wschodnie armie świetnie defilowały, ale nie miały z czego strzelać, Zachód mógł natomiast rozsyłać wszędzie dobrze wyszkolone oddziały wyposażone w broń maszynową i ciężką artylerię. Wschodnia marynarka nie miała szans w starciu z zachodnią kombinacją stali i pary. Nic nie symbolizowało lepiej upokorzenia Wschodu niż zachodnia interwencja wojskowa podjęta w celu stłumienia powstania bokserów w Chinach w 1900 roku. Powstańcy, którzy zagrażali zachodnim dyplomatom i misjonarzom, liczyli na swoje sztuki walki i magię. Po rozbiciu w pył oddziałów powstańczych zachodni korpus ekspedycyjny przemaszerował uroczyście przez Zakazane Miasto w Pekinie i rozpoczął karne wypady do prowincji Shanxi, Mongolii Wewnętrznej i Mandżurii. Jednak zaledwie kilka lat później Wschód zaczął rosnąć w siłę. Japońskie zwycięstwo nad Rosją na lądzie i morzu w latach 1904-1905 to punkt zwrotny w historii świata. Od tej chwili geopolityczna równowaga sił zaczęła powoli zmieniać się na korzyść gęściej zaludnionej części świata. Tylko odpowiednie docenienie przewagi Zachodu w 1900 roku pozwoli nam dostrzec rzeczywistą klamrę spinającą dzieje XX wieku: to nie "triumf Zachodu", ale kryzys europejskich imperiów, którego ostateczną konsekwencją było wzmocnienie Wschodu rozpoczęte w Japonii i relatywny zmierzch znaczenia Zachodu. Nie był to zmierzch, który przewidywał Spengler: rodzaj chorobliwej i destrukcyjnej nudy wielkich metropolii. Był to zmierzch potęgi militarnej - nieoczekiwany, ale i niemożliwy do powstrzymania; ledwo dostrzegalny zmierzch ekonomiczny, a także delikatnie się zaznaczający, ale niewątpliwy zmierzch zachodniej kultury; przede wszystkim zaś - zmierzch w aspekcie demograficznym. Krótko mówiąc, był to zmierzch dokładnie w tym znaczeniu, w jakim Gibbon rozumiał zmierzch Rzymu. Zbyt rzadko zdajemy sobie sprawę, że Stany Zjednoczone, a jeszcze bardziej Unia Europejska mogłyby się czegoś nauczyć z jego relacji. Spróbujmy więc wyobrazić sobie przez chwilę, że Waszyngton jest Rzymem naszych czasów, a Bruksela, kwatera główna Unii Europejskiej, to Bizancjum, miasto, które w IV wieku zmieniło się w drugą stolicę imperium. Tak jak późne cesarstwo rzymskie, Zachód ma dzisiaj swoją zachodnią i wschodnią połowę, choć dzieli je Atlantyk, a nie Adriatyk. I nie jest to jedyna cecha, która upodabnia nas do naszych rzymskich poprzedników sprzed półtora tysiąca lat. Istnieje ugruntowana amerykańska tradycja wyrażająca obawy o to, że Stany Zjednoczone może spotkać los Rzymu. Ale ten liberalny niepokój odnosi się do wczesnych, a nie późnych losów Rzymu. To obawa, że instytucje republikańskie Stanów Zjednoczonych - przede wszystkim konstytucja oparta na ścisłym rozdziale władz - mogą zostać zniszczone za sprawą ambicji imperialnej prezydentury. Za każdym razem, gdy naczelny wódz próbuje wzmocnić władzę wykonawczą, ogłaszając gotowość bojową, słychać chóralny głos: "Republika w niebezpieczeństwie!". Ostatnio usłyszeliśmy ten chór, gdy bronił więźniów skazywanych bez procesu w zatoce Guantanamo i potępiał użycie tortur w śledztwie wobec podejrzanych w Iraku. reszta artykułu Turcja i Unia Europejska - wizyta papieża Benedykta XVI w Turcji - wyzwania wobec których stanęła Europa.Autor: redakcja Dodano: poniedziałek, 27 listopada 2006 - 18:25
2070 raz(y) oglądano.
źródło - Polskie Radio Tekst udostępniony dla portalu Europa XXI za zgodą autorów. Wizyta Ojca Świętego w Turcji nie mogła przypaść na trudniejszy okres. Jeszcze jako kardynał Ratzinger, Benedykt XVI wypowiedział się bardzo jasno przeciwko członkostwu tego państwa w UE. Po wykładzie w Ratyzbonie, który omal nie stał się początkiem nowego, wielkiego konfliktu – stosunki Europy i świata islamu nadal pozostają napięte. Coraz ciemniejsze chmury zbierają się także nad negocjacjami Turcja – UE, które mają rozstrzygnąć, czy wśród członków Unii znajdzie się pierwsze państwo spoza kontynentu. Rząd Erdogana, choć pozornie umiarkowany, wyraźnie sympatyzuje z ugrupowaniami islamskimi, Unię i Turcję dzieli wciąż kwestia Cypru. Choć ostatnio tureccy dygnitarze i muzułmańscy duchowni ostro skrytykowali przemówienie papieża, jako „tworzące bariery” – sami niewiele robią, aby zmienić atmosferę w samej Turcji – gdzie ostatnio dochodzi coraz częściej do aktów agresji wobec chrześcijan, a prasa prezentuje nierzadko prześmiewczy i szyderczy obraz głowy Kościoła. O zagadnieniach związanych z tymi problemami, przyszłym rozwoju sytuacji z perspektywy Brukseli, a także o sprawach, które mogą dotyczyć bezpośrednio Polski rozmawiam z polskimi europarlamentarzystami: Konradem Szymańskim oraz Mieczysławem Janowskim z Grupy Unii na rzecz Europy Narodów. 28 listopada rozpoczyna się wizyta Benedykta XVI w Turcji. Czego można spodziewać się po tej wizycie? Wiadomo, że papież nie spotka się raczej z premierem Erdoganem. Jak zinterpretować to zachowanie? Czy ta wizyta może coś w Turcji zmienić? Czy może pomóc w budowaniu rzeczywistego dialogu? K.S. To premier Erdogan odmówił spotkania i przywitania papieża Benedykta XVI w Turcji. Ten akt, jak i wszystko, co tę wizytę otacza, ukazuje prawdziwy obraz relacji chrześcijańsko-muzułmańskich i europejsko-tureckich. Są one najeżone sprzecznościami, których w przewidywalnej perspektywie czasowej nie uda się pokonać. Znaczna część islamu nie chce żadnego dialogu, a Turcja jest tylko na tle prawdziwych religijnych despotii krajem umiarkowanego islamu. Pielgrzymka Benedykta XVI do Turcji to godzina prawdy w tej sprawie. M.J. Myślę, że należy nade wszystko dostrzegać religijny wymiar tej wizyty. Pamiętajmy, iż od pewnego czasu ma miejsce wymiana kontaktów przedstawicieli Stolicy Apostolskiej i Patriarchatu Konstantynopola, który pełni honorowy prymat nad prawosławiem. Oczekuję więc nowego otwarcia siostrzanych Kościołów w zapowiadanej, wspólnej deklaracji Benedykta XVI i Bartłomieja I. Jak wiem, oprócz oczywistych spotkań Ojca Świętego z katolikami (których w Turcji jest około 30-35 tysięcy) przewidziane są rozmowy z patriarchą Kościoła Ormiańskiego oraz metropolitą Kościoła Syryjsko-Prawosławnego, a także głównym rabinem Turcji. To, że premier Turcji nie spotka się z Ojcem Świętym będzie raczej stratą dla Tayyipa Erdogana. Trudno dziś przewidzieć czy rozmowa z ministrem Alim Bardakoglu, który jest Wielkim Muftim Turcji, przyniesie poprawę relacji chrześcijańsko-islamskich. Może się do tego przyczynić. Oby! Nie sądzę, aby ta wizyta mogła być oceniana jako wyłącznie kurtuazyjna. To kontynuacja drogi podjętej przez poprzedników Benedykta XVI. Świat chrześcijański i, jak sądzę sam papież, oczekują od władz tureckich poszanowania prawa do wolności wyznania, do tego, aby chrześcijanie mogli korzystać z takich samych wolności w kwestiach wyznaniowych, jak muzułmanie – także Turcy – w państwach demokratycznych, również w państwach UE. Ostatnio nad negocjacjami Turcji z UE zawisło „widmo” kryzysu związanego ze sprawą Cypru. Stanowisko Turcji wydaje się być niewzruszone. Jak zakończy się ten konflikt wg panów oceny? Czy górę weźmie solidarność z członkiem UE czy raczej „strategiczna” – jak to niektórzy ujmują - potrzeba kontynuowania rozmów z Turcją? K.S. Unia postawiła sprawę jasno. Do 6 grudnia Turcja ma uznać Cypr zgodnie z wcześniej negocjowanymi protokołami. Nie wyobrażam sobie rozwijania relacji politycznych UE z krajem, który nie uznaje jednego z krajów członkowskich, a w przypadku drugiego – Grecji – prowadzi spór o zakres przestrzeni powietrznej. To nie jest jedyny problem z Turcją, ale jeden z ważnych. M.J. Turcja musi zrozumieć, że nie da się pogodzić aspiracji do członkostwa w Unii Europejskiej z aneksją części terytorium Cypru. Uwzględniając wszystkie okoliczności i zaszłości historyczne, należy podkreślić, że problem ten, mimo wielu podejmowanych wysiłków, pozostaje ciągle nierozwiązany. Im dłużej istnieje sztuczny, w gruncie rzeczy, polityczny twór, jakim jest Republika Turecka Cypru Północnego (funkcjonująca jedynie dzięki zaangażowaniu Turcji), tym trudniej jest znaleźć akceptowalne przez wszystkich zainteresowanych wyjście z impasu, przywracające jedność Cypru, podzielonego na dwie, ciągle jeszcze wrogie sobie części. Od 1 maja 2004 roku tylko grecka część Cypru stała się członkiem UE. Turcja będzie więc musiała rozstrzygnąć kwestię istnienia nielegalnej republiki działającej pod jej kontrolą. W przeciwnym razie jej ewentualna akcesja może zostać zablokowana przez cypryjskie weto. Wierzę jednak w możliwość pokojowego zburzenia tego, ostatniego w Europie muru. Leży to bowiem nie tylko w dalekosiężnym interesie Cypru, Turcji oraz Grecji, ale również całej Wspólnoty Europejskiej. Wizyta Ojca Świętego spowodowała wznowienie debaty nad tożsamością UE – czy jej przyszłość to luźna wspólnota gospodarcza czy może coś innego – a więc odpowiednik Stanów Zjednoczonych Europy. Jak w świetle tych dylematów oceniać tureckie aspiracje? K.S. Tożsamość Europy nie zależy od silniejszych lub słabszych związków instytucjonalnych w UE. Opowiadamy się [członkowie Grupy Unii na rzecz Europy Narodów] za utrzymaniem komponentu międzyrządowego w Unii Europejskiej, za luźniejszym charakterem tej organizacji właśnie dlatego, że widzimy nasilające się różnice między krajami członkowskimi, które uniemożliwiają znalezienie wspólnego stanowiska w znacznej części spraw gospodarczych, czy zasad polityki zagranicznej, a także w sprawach aksjologii. Dowodem na ten ostatni rozdźwięk jest przegrana przez zwolenników tradycyjnej Europy debata o kształcie preambuły do traktatu konstytucyjnego. Jeśli nie możemy się zgodzić co do tak banalnej prawdy, jak to, że Europa wyrasta z chrześcijaństwa to znaczy, że nasza współpraca będzie zawsze w pewnym stopniu ograniczona. M.J. Myślę, że warto tu sięgnąć do historii, do czasów, gdy zaczynała się materializować szlachetna idea ojców Wspólnoty, a zwłaszcza Roberta Schumana. Któż wówczas, krótko po straszliwej hekatombie II wojny światowej, mógł przypuszczać, że uda się tak mocno zintegrować różne kraje, w latach tejże wojny śmiertelnie wrogie wobec siebie. Na dziś i na najbliższe, dające się przewidzieć lata, wydaje się celowym zachowanie takiego modelu Unii, w którym poszczególne kraje członkowskie zachowują maksymalnie dużo swych atrybutów państwowości. Jednoczenie się kontynentu, jeśli ma wytrzymać próbę czasu, nie może być jednak ani narzucone, ani nagłe. Musi to również wiązać się z poszanowaniem tożsamości oraz odrębności kulturowych. To powinien być proces, który trwa. Tak jak z winem. Potrzebne jest dojrzewanie, by stwierdzić czy to jest szlachetny trunek, czy też tylko kwaśny ocet. Globalizacja i realna, niestety, perspektywa zapaści demograficznej w Europie może wymusić konieczność ściślejszej integracji wcześniej niżby się tego można obecnie spodziewać. Chrześcijański fundament (podkreślam: chrześcijański), otwarty na innych, mógłby być dla tego zjednoczenia znakomitym spoiwem. Poczekajmy. Co mówi się w kuluarach europarlamentu o najbliższej przyszłości negocjacji UE – Turcja? Jakie są komentarze dotyczące ostatnich wydarzeń: czyli kwestii cypryjskiej, awantury między Turcją a Francją dotyczącej holocaustu Ormian, bardzo negatywnego wydźwięku ostatniego raportu KE? Czy politycy naprawdę widzą teraz Turcję wśród państw Unii? Czy – zgodnie z tym, co słyszymy coraz częściej – rozpoczęcie negocjacji było błędem? Jeśli rozpoczęcie negocjacji było błędem, to jak można wyjść teraz z tej niezręcznej sytuacji? Turcja stara się o członkostwo od lat. Przeszła ogromną drogę i po latach słuchania obietnic ze strony UE usłyszy „NIE”? K.S. Negocjacje i dialog jest zawsze czymś dobrym. Nawet, jeśli Turcja nie będzie członkiem UE, to powinna pozostać ważnym partnerem Europy pod względem gospodarczym i militarnym. Atmosfera ostatniej debaty o Turcji wskazywała, że wiara w członkostwo Turcji w UE maleje. Podczas głosowania nad rezolucją otwierającą oficjalnie rozpoczęcie negocjacji członkowskich Turcji z UE wstrzymałem się od głosu – było to manifestacją miękkiego sceptycyzmu. Nie uważam byśmy jako Polska mieli obowiązek stawania w pierwszym szeregu oporu wobec wejścia Turcji do UE. Osobiście jestem temu [akcesji Turcji do UE] jednoznacznie przeciwny. Negocjacje mają zawsze otwarty charakter. Nikt się na to nie powinien gniewać. Ten okres starań był tak długi także dlatego, że Turcja marnowała całe dziesięciolecia nie umiejąc wybrać drogi reform, jakich Europa od niej oczekuje. Trzeba Turcji czym prędzej zaproponować poważną formułę wiązania się z UE, która będzie oparta na innym niż członkostwo fundamencie prawnym. M.J. Różni politycy różnie widzą ten problem. Na pewno nie jest to sprawa łatwa i błaha. Turcja w obecnej strukturze UE, a zwłaszcza z kilka lat, wobec swej dominującej pozycji demograficznej stałaby się hegemonem. Groziłoby to nie tyle europeizacją Turcji, co islamizacją Europy. Oczywiście jest i druga strona medalu: skoro ileś lat temu złożono obietnice wstąpienia Turcji do UE (już 13 grudnia 1997 r. Rada Europejska potwierdziła w Luksemburgu, że Turcja jest kandydatem do przystąpienia do Unii Europejskiej i zaprosiła ją do przyłączenia się do konferencji europejskiej, zaś ostatnie zaproszenie do negocjacji miało miejsce 17 grudnia 2004 r.), to dziś trudno tak po prostu powiedzieć „nie”. Problemem są bowiem nie tylko wymienione sprawy: Cypr, rzeź Ormian z 1915 r. Widać wielkie różnice kulturowe, nieposzanowanie wolności religijnej itp. Z drugiej strony istnieją poważne obawy „wypchnięcia” tego kraju poza Europę, wejścia Turcji na drogę fundamentalizmu islamskiego. Są i tacy, którzy widzą interes wiązany: jak Turcja to i Ukraina. Myślę, że ciągle brak jest rzeczowej debaty na ten temat; zarówno u nas, jak i w innych krajach UE. Moim zdaniem, nie da się uniknąć referendów w tej sprawie, która przecież wymaga zgody państw członkowskich na zmianę Traktatu. Zresztą, według ostatnich doniesień około 50 procent Turków jest przeciwko przystąpieniu ich kraju do UE, a ponad dwie trzecie opowiada się za zawieszeniem rokowań w tej sprawie, jeśli nadal będzie wywierana presja na otwarcie tureckich lotnisk dla cypryjskich samolotów Zwolennicy i przeciwnicy Turcji straszą nas dwoma skrajnymi obrazami. Jedni sugerują, że odrzucona Turcja odejdzie od nowoczesności i zwróci się w kierunku fundamentalizmu i Bliskiego Wschodu. Drudzy – że przyjęcie Turcji to groźba rozpadu całej Unii. Czy wg panów któraś z tych wizji jest realna? K.S. Przyjęcie Turcji osłabiłoby jej zdolność konsolidacji. I to nie musiałoby być złe. Ale stwarzałoby też ryzyko rozmieniania Unii na zestaw małych porozumień wewnętrznych, które Unię by odsunęły do lamusa historii. Tego trzeba uniknąć. Co do groźby odwrotu od reform w Turcji, to muszą one się oprzeć o przekonanie własnego społeczeństwa co do ich sensu. UE nigdzie nie była czynnikiem sprawczym reform liberalnych – była jedynie ich kluczowym katalizatorem. M.J. Poruszyłem już tę kwestię. Obie te wersje mogą się ziścić. Zmiany we współczesnym świecie są bardzo dynamiczne. Niestety, nie da się przeprowadzić eksperymentu. Europa i Unia Europejska to jedno, a Polska to kolejna sprawa. Abstrahując nawet od innych poglądów, to czy w interesie Polski nie jest właśnie poparcie dla Turcji? Turcja to tak jak my, bliski sojusznik USA w Europie. Wobec coraz większych problemów z neoimperialnymi zachowaniami Kremla Turcja może okazać się kluczowym partnerem dla Polski w zakresie rozwiązania problemów energetycznych. Projekt „południowej rury” wciąż jest realny. Tak więc, nie oglądając się na inne kraje i Europę Zachodnią, czy nie powinniśmy właśnie zostać adwokatem Turcji w UE? Szczególnie, że wśród Polaków jest znacznie więcej sympatyków Turcji niż na Zachodzie? K.S. W Polsce jest po prostu wielu zwolenników otwartej, szerokiej, poszerzającej się Europy. Polska nie ma żadnego powodu, by stać w pierwszym szeregu oponentów Turcji w UE, wręcz przeciwnie powinniśmy odegrać aktywną rolę w poszukiwaniu trwałych relacji UE z Turcją. Osobiście uważam, że członkostwo w UE do tego nie jest potrzebne, a niesie za sobą jednocześnie wiele problemów. M.J. W doraźnym interesie, tak. Zauważmy jednak, że następuje pewne zbliżenie rosyjsko-tureckie. Nie można także pominąć interesów amerykańskich w tym regionie, zwłaszcza w kontekście Iraku oraz Iranu. Sprawa jest zatem zbyt skomplikowana, by nie oglądać się na wszystkie strony. I jeszcze jedno pytanie na koniec: jak widzą panowie przyszłość rozszerzenia UE? Czy rozszerzenie jest w tym momencie korzystne dla Unii? Czy może należy na jakiś czas postawić u bram Europy szlaban? Ale w takim razie, co z Ukrainą? Gdzie postawić granicę i które państwa przyjmować? Pojawiły się już najróżniejsze koncepcje: od definitywnego zamknięcia UE na jakiś czas po przyjęcie nie tylko Turcji lub Ukrainy, ale także Maroka, Gruzji, lub nawet Rosji. Może zamiast UE potrzebna nam budowa gigantycznej strefy wolnego handlu? K.S. Strefa wolnego handlu się rozszerza bez względu na rozszerzenie UE. Chociażby na gruncie WTO, ale także porozumień zawieranych przez samą UE. Więc nie ma mowy o tym, że ma ona być w zamian. Ona będzie i tak. UE powinna się rozszerzać, bo to służy jej randze międzynarodowej. Nam rozszerzenie wschodnie o Ukrainę i Gruzję jest potrzebne także ze względów geopolitycznych. Dlatego to dla Polski priorytet. Maroko i Rosja w UE to dziś pomysły ekstrawaganckie, których nikt poważniej nie dyskutuje. M.J. W Unii trwa czas refleksji. Chociaż wiąże się on z tzw. „Konstytucja”, to warto go wykorzystać do pogłębionej analizy tych problemów. Odpowiadając na gorąco, uważam, że potrzebny jest pewien czas na „skonsumowanie” dotychczasowych rozszerzeń, może do końca perspektywy finansowej 2007-2013. Należy w tym okresie odpowiedzieć na szereg zasadniczych pytań dotyczących naszej cywilizacji euro-atlantyckiej. Przedstawione przez Pana kwestie winny się znaleźć pośród tych pytań. Dziękuję serdecznie za rozmowę Rozmawiał: Michał Wiśniewski Do jakiej Turcji jedzie Benedykt XVI?Autor: redakcja Dodano: poniedziałek, 27 listopada 2006 - 16:20
562 raz(y) oglądano.
Umocnienie wiary tureckich chrześcijan, którzy czują się zagrożeni wrogością społeczeństwa tureckiego, spotkanie z patriarchą ekumenicznym Bartłomiejem I, pragnienie ożywienia dialogu katolicko-prawosławnego oraz rozwijanie relacji z islamem - to główne cele rozpoczynającej się jutro czterodniowej wizyty Benedykta XVI w Turcji. Będzie to jego piąta podróż zagraniczna od początku pontyfikatu i pierwsza do kraju o większości muzułmańskiej.
Benedykt XVI jest trzecim papieżem czasów współczesnych, który uda się do Turcji. Odwiedzi te same miejscowości, w jakich przebywał papież Jan Paweł II podczas swej pielgrzymki do tego kraju w 1979 r.: Ankarę, Efez i Stambuł. Wcześniej był tam papież Paweł VI, który w dniach 25-26 lipca 1967 r., odwiedził Stambuł, Smyrnę i Efez. Papież przybędzie do kraju, na którego terenie znajdują się najgłębsze korzenie chrześcijaństwa. W samym Nowym Testamencie wymienia się 160 razy miejsca położone na terenie dzisiejszej Turcji. To tutaj, według tradycji, w Efezie znajduje się Domek Maryi, miejsce zaśnięcia Maryi, Matki Jezusa, do którego pielgrzymują zarówno chrześcijanie jak i muzułmanie. Tutaj działali św. Paweł Apostoł, św. Jan Ewangelista, wielcy Ojcowie Kościoła jak św. Grzegorz Teolog i św. Jan Chryzostom tworzyli tradycję apostolską, a pierwsze Sobory niepodzielonego Kościoła podjęły historyczne decyzje z zakresu definiowania chrześcijańskiej wiary. Gorący klimat Pobytowi Benedykta XVI towarzyszyć będą specjalne środki bezpieczeństwa. Władze zastosują w czasie wizyty papieskiej tzw. plan ochrony typu A, przewidujący środki bezpieczeństwa, wykorzystane wcześniej w czasie wizyty prezydenta USA George 'a Busha. Nad bezpieczeństwem papieża czuwać będzie 7 tysięcy agentów w Ankarze i 9 tys. w największym mieście - Stambule. Specjalne środki bezpieczeństwa mają zapobiec protestom ze strony środowisk muzułmańskich. Policja ostrzega, że ewentualne demonstracje przeciwko papieżowi będą zabronione także w prowincjach, których Papież nie odwiedzi. - Nie powinniśmy przywiązywać wagi do nadmiernego panikarstwa wszczynanego przez tych, którzy chcą wywołać napięcia - przestrzega bp Luigi Padovese, wikariusz apostolski Anatolii, odnosząc się do doniesień mediów o protestach wobec wizyty. Atmosferę podgrzewają nie tylko incydenty jak strzały w powietrze przed włoskim konsulatem w Istambule w proteście przeciwko wizycie Benedykta XVI w Turcji, ale i jedna z najlepiej sprzedających się w tym kraju książek Yucela Kaya pt. "Atak na papieża. Kto zabije Benedykta XVI w Istambule? " Zdaniem bp. Padovese nie powinno się przywiązywać zbyt wielkiej wagi do tych wydarzeń, które służą jedynie wypełnianiu stron tureckich gazet. Trudna wizyta Z dotychczasowych, będzie to bez wątpienia najtrudniejsza podróż Benedykta XVI. W jej tle cały czas obecne są krytyczne głosy pod adresem ratyzbońskiego wykładu papieża, czy jego negatywnych opinii - jeszcze jako kardynała - na temat wstąpienia Turcji do Unii Europejskiej. Jednym z pierwszych, którzy krytykowali papieża za jego wykład w Ratyzbonie we wrześniu br. był sam szef tureckiego urzędu ds. religii i zarazem wielki mufti, Ali Bardakoglu. Mówił wówczas, że słowa papieża wyrażają "nienawiść, jaką ma w sercu ", i że jego wizja islamu jest "pełna uprzedzeń ". Od czasu Ratyzbony, Benedykt XVI wielokrotnie ubolewał nad opacznym zrozumieniem wykładu. Jego wyjaśnień nadal nie chcą jednak przyjąć fundamentalistyczne środowiska islamskie i nacjonalistyczne. Na tureckich portalach i skrzynkach mailowych krąży zdjęcie Benedykta XVI i patriarchy Bartłomieja I z podpisem: "Przymierze pomiędzy dwoma chrześcijańskimi przywódcami zagraża islamowi ". Środowiska te ignorują wystosowany niedawno przez 38 islamskich teologów i duchownych list, w którym zaakceptowali wyjaśnienia papieża. Wśród sygnatariuszy oświadczenia jest także Bardakoglu. Turcja laicka Choć konstytucyjnie Turcja jest krajem laickim i pozostawia swobodę wyznania, to faktycznie preferuje ona islam sunnicki, gdzie prawa zarówno innych odłamów islamu, jak i innych religii nie są przestrzegane. Mimo procesu stopniowej islamizacji, czy też jak określają niektórzy politolodzy osmanizacji, którą rozpoczął w latach 80. ówczesny prezydent Turgut Özal Turcja nadal jest wierna Mustafowi Kemalowi - ojcu wszystkich Turków - Attatürkowi. To on po I wojnie światowej, po upadku Imperium Otomańskiego, jest twórcą obecnego państwa tureckiego. Obalił ostatniego sułtana, który był zarazem kalifem, najwyższym autorytetem duchowym muzułmanów. W 1923 r. narzucił Turcji nową obyczajowość, kulturę prawną, kalendarz i nowy język anatolijski turecki, a nawet ubiór obywateli. Zrywając z liczącą prawie pięć wieków otomańską przeszłością wprowadził alfabet łaciński. Na tureckie państwo siłą narzucił zachodni model rozwoju i proklamując republikę uczynił świeckie państwo, w którym islam oraz wyznawanie innych religii jest sprawą prywatną, a duchowieństwo jest zależne od państwa. Atatürk na stróża nowego państwa wyznaczył armię, która do dzisiaj ma wielki wpływ na jego życie. - Laickość państwa istnieje tylko na papierze, a w praktyce zdecydowanie wspiera ono jeden nurt islamu, nie respektując praw innych - uważa Otmar Oehring z międzynarodowego dzieła pomocy "Missio ". W konstytucji tureckiej zapisana jest wolność religijna, lecz nie jest ona realizowana, czego najlepszym dowodem jest fakt, że żaden ze znajdujących się tam Kościołów chrześcijańskich nie istnieje w sensie prawnym i nie ma żadnego statusu. reszta artykułu Kto tłumaczył filozofów greckich na łacinę?Autor: Anonymous Dodano: niedziela, 26 listopada 2006 - 14:21
1523 raz(y) oglądano.
O nieuzasadnionym wychwalaniu roli islamu w historii nauki
Jonathan Carson The American Thinker także: Dhimmi Watch 29 lipca, 2005 Amerykańskie Stowarzyszenie dla Rozwoju Nauki (American Association for the Advancement of Science (AAAS)) twierdzi, że jego czasopismo “Science” ma “największy na świecie nakład spośród wszystkich płatnych recenzowanych czasopism dostarczającyh szerokiego przeglądu osiągnięć naukowych, przy tym szacuje się, że liczba jego czytelników wynosi około jednego miliona.” Dlatego też, jeśli publikuje ono politycznie poprawną historię związków między nauką a islamem, tak bardzo przepełnioną błędami jak stojący zbyt długo w słońcu śmietnik jest pełen larw much, to fałsze te trafiają do łatwowiernych i wpływowych umysłów na każdym kontynencie, wliczając w to Antarktydę. Cały artykuł: 'Kto tłumaczył filozofów greckich na łacinę?' (10783 B więcej)
Faith Freedom - praktykowanie islamu jak prowadzenie konta w bankuAutor: Anonymous Dodano: wtorek, 21 listopada 2006 - 22:41
996 raz(y) oglądano.
Konto w Piekle
Mumin Salih FFI 14 listopada, 2006 Według wierzeń islamu wszyscy ludzie będą torturowani w piekle, a wcześniej – w swoich grobach. Muzułmanie też wezmą udział w tej orgii tortur, ale maja szansę w końcu znaleźć się w raju. Są tylko dwie metody uniknięcia tortur: * Być prorokiem * Być męczennikiem Oczywiście, istnieje też inna, łatwiejsza droga ucieczki. Tą prostą metodą jest przestać wierzyć w te bzdury. Tym niemniej jestem całkiem pewny, że większość muzułmanów nie zastosuje tej metody. Do ich umysłów po prostu nie trafia ta prosta prawda, że islamska idea tortur, czy to w piekle czy w grobie, jest czystą bujdą. Mahomet ukradł tę ideę ze starożytnych pism żydowskich, po to by móc skutecznie paraliżować umysł muzułmanów przy pomocy paranoi strachu. Praktykowanie islamu jest pod wieloma względami podobne to prowadzenia konta w banku, w którym przyjmowane waluty zwą się hasanat oraz sayaat. Hasanat dotyczy dobrych uczynków, których w swoim życiu muzułmanie muszą dokonać. Sayaat odnosi się do grzechów. Muzułmanie walczą o to, by ich konta - używając tu bankowego żargonu - miały dodatnie saldo. Innymi słowy: muszą mieć więcej hasanat niż sayaat. Jakiekolwiek zaniedbanie w tej materii może doprowadzić do tego, że sayaat przeważy hasanat, co będzie miało tragiczne wpływ na życie pozagrobowe. Historia: karykatury Mahometa: Dania wobec ataku: przyczyna i plan dla przetrwaniaAutor: Anonymous Dodano: poniedziałek, 20 listopada 2006 - 17:40
1439 raz(y) oglądano.
Komentarz tłumacza : Minął już jakiś czas od awantury o wydrukowane w duńskiej prasie karykatury Mahometa. Same w sobie były moim zdaniem bardzo marnej klasy, ale to, co pokazano potem w Europie, łącznie z Polską, wydało mi się przeraźliwie niesmaczne i niesmacznie przerażliwe. Oczywiście o reakcji wszelkiej maści islamistów nawet nie warto wspominać.
Gorzej, że nawet w wypowiedziach przywódców duchowych polskich Tatarów poprzmiewały nutki groźby wobec państwa, które udziala im gościny od pięciuset lat, i któremu dotąd byli wierni. Postanowiłem zatem przetłumaczyć interesujący artykuł na temat tych karykatur i mało znanych aspektów wokół nich, by umieścić go na moim prywatnym blogu bez-owijania.blogspot.com Dania wobec ataku – przyczyna i plan dla przetrwania Dania została wybrana jako cel ataku, ponieważ przewodzi Europie w anty-islamizmie. Wyrażamy tu taką tezę, ponieważ w ciągu ostatnich pięciu lat Duńczycy stworzyli początki programu bezpieczeństwa, który może zostać rozwinięty w celu pokonania islamizacji, oraz zaadoptowany przez inne kraje. Te duńskie inicjatywy dały już wymierne rezultaty i zwróciły na siebie uwagę na całym kontynencie, wobec czego islamiści i ich sojusznicy poczuli się zmuszeni do ostrzeżenia Danii i innych krajów europejskich, by ze stosowania tego programu zrezygnowały. Polityczne ataki na Danię stanowią w tej mierze elementy jednej układanki z zamachami bombowymi w Hiszpanii, masowymi rozruchami we Francji, oraz Londyńskim atakiem bombowym z siódmego lipca. Wszystkie one mają na celu zastraszenie i spowodowanie ugodowej reakcji, która by ułatwiła zadanie dalszej islamizacji. W końcowej części tego artykułu zasugerujemy dalsze kroki, które Dania może podjąć, by zabezpieczyć się na nadchodzące dekady. ATAK NA DANIĘ BYŁ ZAPLANOWANY Jak podaje Counterterrorism Blog, cała ta fala międzynarodowych gróźb nie jest przypadkiem: W listopadzie, Abu Laban, sześćdziesięcioletni Palestyńczyk, który służył w połowie lat '90, jako tłumacz i asystent Talaala Fouada Qassimyego – najwyższego przywódcy organizacji Gamaa Islamiya, oraz był wiązany przez duński wywiad z innymi islamistami działającymi w tym kraju, zorganizował delegację, która udała się na Bliski Wschód, aby dyskutować z wysoko postawionymi urzędnikami i znanymi islamistycznymi przywódcami duchowymi sprawę karykatur. Ta delegacja spotkała się z sekretarzem Ligi Arabskiej Amrem Moussą, z Wielkim Imamem Al-Azhar szeikiem Sayyedem Tantawim, oraz z najbardziej wpływowym duchowym przywódcą sunnickiego islamu Yusufem al Qaradawim. “Chcemy zinternacjonalizować tę sprawę, tak by duński rząd zrozumiał, że te karykatury były obraźliwe, nie tylko dla muzułmanów w Danii, ale także dla muzułmanów na całym świecie”, stwierdził Abu Laban. Islamizacja laureata nagrody Nobla?Autor: NeWave Dodano: czwartek, 16 listopada 2006 - 08:30
961 raz(y) oglądano.
Islamizacja świeckiego laureata nagrody Nobla
Alamgir Hussain (Islam watch) 30 października 2006 Nagroda Nobla została ustanowiona zgodnie z wolą szwedzkiego wynalazcy dynamitu, Alfreda Nobla (1833-1896), który rozporządził, by z jego majątku fundować coroczne nagrody z fizyki, chemii, medycyny, literatury oraz nagrodę pokojową. Szósta dziedzina, a mianowicie ekonomia, została dodana w roku 1969. Całość noblowskiego przedsięwzięcia została jednak w ostatnich latach splamiona przez pokojowe nagrody Nobla. W minionym roku pokojowa nagroda został przyznana ONZ-towskiej Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA) i Mohamedowi ElBaradei. Dobrze opłacany szef IAEA nie przyczynił się w absolutnie żaden sposób ani do promowania pokoju, ani do zapobieżenia rozprzestrzenianiu broni jądrowej. Swoje stanowisko ElBaradei objął w roku 1997. W czasie jego rządów, po to, by IAEA zaczęła nadzorować tajne prace Korei Północnej w dziedzinie broni jądrowej, potrzeba było inicjatywy ze strony administracji Clintona. Później zaś, aż do chwili wyrzucenia z tego kraju, jego agencja nie zrobiła właściwie nic poza obserwowaniem podejrzanych obiektów. Drugim ważnym przypadkiem związanym z rozprzestrzenianiem broni jądrowej, a nadzorowanym przez ElBaradei, jest przypadek Iranu. Od 18 lat, pod nosem impotentnej IAEA, Iran prowadził swój tajny program jądrowy. Jednak dopiero działalność dysydentów oraz naciski krajów Zachodu odsłoniły irańskie prace na tym polu i skierowały je pod nadzór IAEA. I tu, tak jak i w poprzednim przypadku, IAEA jedynie obserwowało obiekty jądrowe, aż wreszcie zostało przez irański reżim wyproszone z kraju. W roku 2004 pokojowa nagroda Nobla została przyznana Shirin Ebadi z Iranu za jej kampanię w obronie praw kobiet w Iranie. W istocie Shirin Ebadi nie zrobiła wiele w celu poprawienia sytuacji irańskich kobiet, oprócz tego, że jako prawnik kilka razy walczyła w sądach po stronie ofiar przepisów prawnych dyskryminujących kobiety. Od czasu jak Ebadi otrzymała nagrodę, przestrzeganie praw kobiet w Iranie prawdopodobnie się pogorszyło. Cały artykuł: 'Islamizacja laureata nagrody Nobla?' (6497 B więcej)
Pogarda, chłosta, śmierć -chrześcijaństwo w krajach islamuAutor: redakcja Dodano: wtorek, 14 listopada 2006 - 11:57
1085 raz(y) oglądano.
Coroczne raporty organizacji praw człowieka donoszą regularnie o represjach, jakie dotykają ludność chrześcijańską w krajach muzułmańskich
Za przejście z islamu na chrześcijaństwo – kara śmierci. Za posiadanie Biblii lub różańca – kara chłosty. Zagrożeniem dla chrześcijan w świecie muzułmańskim są nie tylko terroryści. Coroczne raporty organizacji praw człowieka donoszą regularnie o represjach, jakie dotykają ludność chrześcijańską w krajach muzułmańskich. Każdego roku z powodu prześladowań ginie tam kilkadziesiąt tysięcy chrześcijan. „To straszne, ale winni są terroryści, a nie zwykli muzułmanie. Terroryzm to margines świata islamu. Nie wolno utożsamiać zbrodniarzy podkładających bomby ze zwykłymi ludźmi” – komentuje się często w Europie. Siostra Leonella, zakonnica z Włoch, została zastrzelona 17 września w Kenii przez islamskiego fanatyka, fot. agencja gazeta/AP Photo/Sayyid Azim Oczywiście, terroryści to margines. Niestety, problem jednak tkwi głębiej. Po pierwsze bardzo wielu chrześcijan ginie w wyniku zamieszek lub samosądów. Mordercami są wtedy często tzw. zwykli ludzie. Po drugie zdarza się, że chrześcijanie za wyznawanie swej wiary są skazywani na śmierć, chłostę lub więzienie przez sądy, w majestacie prawa. Wtedy prześladowcami stają się ludzie szanowani, wykształceni, pełniący ważne funkcje w swych państwach. I wreszcie po trzecie codziennością w krajach islamu jest traktowanie chrześcijan jak obywateli drugiej kategorii, którzy muszą ukrywać swe wyznanie lub mają kłopoty ze znalezieniem pracy. Za to także trudno obarczać winą terrorystów. Śmierć znaleźć łatwo Sześć lat temu w El-Kasheh w Egipcie sprzedawca wyznania koptyjskiego, czyli egipskiej odmiany chrześcijaństwa, odmówił muzułmaninowi sprzedaży na kredyt. Zażądał zapłaty. To wystarczyło, by wzniecić rozruchy. Nienawiść zwróciła się przeciwko wszystkim współwyznawcom sprzedawcy. Zginęło 21 osób. Takie informacje są w krajach islamu codziennością. Wystarczy mała iskra, by nastąpił wybuch. – Tam, gdzie Kościoły chrześcijańskie są dość silne, jak w Libanie, Egipcie czy Syrii, można zauważyć wśród muzułmanów pewną niechęć do nich – wyjaśnia Stanisław Guliński, arabista, turkolog, znawca świata muzułmańskiego. – Wśród chrześcijan jest nieproporcjonalnie dużo osób wykształconych, inżynierów, lekarzy, jest też sporo ludzi dość zamożnych. To rodzi zawiść. Trochę kojarzy mi się to z nastawieniem do Żydów w Polsce przed II wojną światową. Wystarczy więc, że w jakiejś wiosce wydarzy się coś złego, pierwsze podejrzenie miejscowych muzułmanów pada na chrześcijan. Sprawców zbrodni w El- -Kasheh ukarano, ale mniej spektakularne wydarzenia, o których nie pisze prasa światowa, na ogół pozostają bezkarne. To skłania wielu chrześcijan do ukrywania się. reszta artykułu Islam w internecie - wirtualny jihadAutor: redakcja Dodano: wtorek, 14 listopada 2006 - 11:52
987 raz(y) oglądano.
Wirtualny dżihadObecność Al-Kaidy w internecie stała się tak niebezpieczna, iż nadszedł czas na stanowczą kontrofensywę Po wydaniu nakazu aresztowania domniemanego sympatyka Al-Kaidy politycy zaostrzają walkę z islamistami w internecie. Liczba stron szerzących nienawiść gwałtownie jednak rośnie. Świętą wojnę prowadzono w Niemczech z dwupiętrowego budynku na Breslauer Weg w Georgsmarienhütte. W ciągu dnia Irakijczyk Ibrahim R. (36 l.) siał nową trawę przed domem ze smutną fasadą, a wieczorami – jak twierdzi prokuratura – za pomocą komputera rozsiewał nienawiść na całym świecie. Ze swojego mieszkania Ibrahim R. zaopatrywał islamistów w wieści od Osamy bin Ladena i jego zaufanych ludzi – utrzymują śledczy. Wzbogacał je krwawymi zdjęciami z Iraku, Afganistanu i Czeczenii. Był chyba czymś w rodzaju herolda terroru – do czasu, gdy funkcjonariusze Urzędu Ochrony Konstytucji z Dolnej Saksonii aresztowali go przed dwoma tygodniami. Tym samym po raz pierwszy w Niemczech aresztowano kogoś za to, że rozpowszechniał przez internet propagandę w imieniu zagranicznej organizacji terrorystycznej. Rząd federalny jest zaniepokojony. Dlatego w ciągu najbliższych trzech lat minister spraw wewnętrznych Wolfgang Schäuble może wydać dodatkowo 132 mln euro na dokładniejszą obserwację działalności islamistów w internecie. Jego koledzy w landach pracują nad ustawami, które wielu z nich jeszcze kilka lat temu uważałoby za materiał do budowy państwa policyjnego. Funkcjonariusze tajnych służb i policjanci mają po kryjomu obserwować islamistów w sieci i tropić ich ślady aż do twardych dysków w domowych komputerach. Proponuje się karać nawet tych, którzy będą ściągać filmy propagandowe. Wielu polityków uważa bowiem, że obecność Al-Kaidy w internecie stała się tak niebezpieczna, iż nadszedł czas na stanowczą kontrofensywę. I rzeczywiście, gwałtownie wzrosła liczba stron internetowych o terrorystycznych treściach. Na wielu stronach zaufani ludzie Osamy bin Ladena reklamują otwarcie swoją sprawę, w czat roomach fanatyczni zwolennicy Al-Kaidy wymieniają się opiniami. A jeśli ktoś chce działać osobiście, na specjalnych stronach znajdzie instrukcje budowy bomb, wskazówki na temat taktyki zamachów lub filozoficzne wywody o śmierci męczenników. Ibrahim R. był chyba tylko małym trybikiem w owej potężnej PR-owskiej maszynerii. Irakijczyk był ciągle wściekły, opowiada Huesyin Demir, który wynajmował mu mieszkanie. Wściekły na Amerykę i Niemcy, bo nie dały mu pracy. Należał do fanów Al-Kaidy, cieszył się z zamachów w Madrycie i Londynie. Jeden z sąsiadów opisuje go jako "chętnego do pomocy, ale pokręconego". Nieustannie mówił o walce zbrojnej. Władze już od wielu lat miały na celowniku Irakijczyka, który przybył do Niemiec w maju 1996 roku jako uchodźca i wkrótce potem otrzymał tymczasowy azyl. W Regensburgu, gdzie kiedyś mieszkał, utrzymywał kontakty z domniemanymi grupami terrorystycznymi, w tym z pewnym człowiekiem zbierającym datki na islamistów. Człowiek ten został już wydalony z Niemiec. Gdy R. w 2002 roku przeprowadził się do Dolnej Saksonii – "najwyraźniej po to, by umknąć spod naszej obserwacji", jak twierdzi z odcieniem dumy w głosie bawarski minister spraw wewnętrznych Günther Beckstein – tamtejsze władze dostały wskazówkę, żeby go obserwować. W 2005 roku przeszukano mieszkanie R. w związku z procesem przeciwko jego rodakowi, ale funkcjonariusze nie znaleźli niczego, co pozwoliłoby wnieść oskarżenie. W marcu 2005 r. Ibrahim R. otrzymał prawo osiedlenia się, a nieco później nawet zezwolenie na pobyt wraz z prawem do pracy – a przecież był już wtedy obserwowany przez policję jako osoba podejrzana o wspieranie islamistów. Przez pewien czas funkcjonariusze mogli go nawet podsłuchiwać, choć nie mieli konkretnych podejrzeń. Zapis o takiej możliwości nakazał włączyć do ustawy o policji w Dolnej Saksonii minister spraw wewnętrznych tego landu Uwe Schünemann w styczniu 2005 r. Przypadek Ibrahima R. stał się balonem próbnym dla wymyślonej przez Schünemanna licencji na podsłuch. W kwietniu 2005 r. śledczy zdobyli decyzję sądu okręgowego w Hanowerze. Do 27 lipca siedzieli na łączach R. Tego dnia Trybunał Konstytucyjny odrzucił dolnosaksońską ustawę i skończył z prewencyjną obserwacją przez policję. reszta artykułu |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Islam, Europa, lewica, prawica, Polska, Terroryzm, polityka, Izrael, Iran |