Europa 21 - Archiwum :: Islam, Europa, lewica, prawica, Polska, Terroryzm, polityka, Izrael, Iran
_Loading


_LoadMsg1
_LoadMsg2
08-02-2012 - 07:45  
Europa 21 - Archiwum  
 
 

Archiwum wg daty


 < luty, 2012 > 
12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829

Informacja

Strona która oglądasz jest tylko archiwum materiałów z poprzednich lat i nie jest już aktualizowana. Jeśli chcesz wejść na obecny portal Europa 21 - z najnowszymi informacjami - kliknij tutaj

forum

OSTATNIE POSTY
wyświetl PostaBahaici w Iranie(0)
  kusztar
 dnia 23. Maj o godz. 14:54
wyświetl PostaUpadek Francji - czy...(3)
  1683
 dnia 28. Wrz o godz. 19:14

[Wejdź na Forum]

Online

Obecnie jest 10 gości i 0 użytkowników online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować tutaj

Wojna kultur zastąpiła walkę klas

Autor: redakcja Dodano: środa, 11 lipca 2007 - 04:39 1328 raz(y) oglądano.
Wiadomości z Polski i świata
Wojna kultur zastąpiła walkę klas
twierdzi Daniel Bell, socjolog

Epoka wielkich podziałów politycznych minęła. Trudno dziś odróżnić prawicę od lewicy. Politycy bardziej niż ideami kierują się wynikami sondaży. Polityka coraz bardziej przypomina marketing

rozmowę prowadzi

Maciej Nowicki

Jest pan autorem trzech genialnych i proroczych książek, bez których nie sposób zrozumieć świata, w którym żyjemy. To dlatego tak często mówi się o panu jako największym socjologu XX wieku. W opublikowanym blisko 50 lat temu "The End of Ideology" ("Końcu ideologii") czytamy, że czas wielkich sporów ideologicznych na Zachodzie minął i panuje zgoda co do tego, w jakim kierunku zmierzamy. Teza ta została znacznie później zawłaszczona i uproszczona przez Fukuyamę. "The Coming of Post-industrial Society" ("Nadejście społeczeństwa post-industrialnego") zapowiadało zasadniczą zmianę w świecie rozwiniętym - zmierzch wielkiego przemysłu i narodziny nowego typu społeczeństwa. Z kolei jednym z tematów "Kulturowych sprzeczności kapitalizmu", opublikowanych w połowie lat 70., są narodziny postmodernizmu. Atakuje pan ten nowy dominujący prąd w kulturze Zachodu za jego nihilistyczny aspekt. Powtarzano to później za panem w nieskończoność. Tylko że dziś postmodernizmu już nie ma. Jaki kształt ma dominująca kultura Zachodu dnia dzisiejszego?

Myślę, że dziś powracamy do kwestii związanych z etyką. Postmodernizm opierał się w gruncie rzeczy na jednym absolutnie podstawowym założeniu: nie ma żadnych kryteriów, żadnych standardów, na których moglibyśmy oprzeć nasze sądy. To, czy coś jest dobre, czy złe, prawdziwe czy fałszywe po prostu się nie liczyło. Dziś już tak nie myślimy. Dlaczego? Przełom XX i XXI wieku był okresem wielkiego historycznego przyspieszenia - od upadku komunizmu, przez masakry w Rwandzie i Darfurze oraz zamachy z 11 września, aż po wojny w Afganistanie i Iraku. Innymi słowy wkroczyła rzeczywistość - i w zetknięciu z nią postmodernizm uległ rozproszeniu. Podam prosty przykład. Jedna z najważniejszych dyskusji w dzisiejszej Ameryce dotyczy tortur. Są ludzie, którzy próbują je jakoś uzasadnić. Jednak jest to bardzo rzadkie. Prawie nikt nie mówi: "Musimy torturować jeńców, ponieważ to jedyny sposób na wydobycie informacji".

Ci, którzy uzasadniają tortury, mówią co innego: "Terrorystów można torturować, ponieważ są znacznie niebezpieczniejsi od zwykłego przestępcy. Zwykły przestępca dokonuje pojedynczego naruszenia prawa. Celem terrorysty jest zniszczenie porządku prawnego i samych fundamentów państwa".

Tylko że tego argumentu nikt nie przyjmuje. Tortury poniżają ludzi. A kiedy ktoś jest poniżony, traci poczucie tego, że jest człowiekiem. I na to absolutnie nie potrafimy się zgodzić. Etyka, która do niedawna była postrzegana jako staroświecki sposób myślenia, którą po prostu wyśmiewano, dziś powraca wszystkimi możliwymi drzwiami. Podstawowe pytanie, jakie sobie dzisiaj zadajemy, brzmi: "Jakiego rodzaju zobowiązania mam wobec innych ludzi? Czy jestem im cokolwiek winien?". To nie dotyczy wyłącznie sytuacji ekstremalnych, takich jak wojna w Iraku. To dotyczy także świata, w którym żyjemy na co dzień, świata kapitalizmu. Nagi kapitalizm zakłada, że nie mamy absolutnie żadnych zobowiązań wobec innych ludzi, że możemy ich zostawić bez jedzenia i dachu nad głową. I tak np. korporacja nie tylko nie ma żadnego obowiązku dawać pieniędzy na cele społeczne, ale nie ma też żadnych obowiązków wobec swoich pracowników. Co z tego, że pracowali w niej 20 czy 30 lat - i tak można ich wyrzucić z pracy z dnia na dzień. W nagim kapitalizmie korporacja ma jedynie obowiązki wobec udziałowców - osób, które pojawiają się i znikają w mgnieniu oka, w poszukiwaniu jak najszybszych i jak największych zysków. Coraz częściej wydaje się nam, że takie podejście jest nie do przyjęcia. Tu także powraca kwestia etyczna.

Wróćmy do postmodernizmu. Mówił pan o nim mniej więcej tyle: po modernizmie, który był rewolucyjnym projektem przemiany rzeczywistości i w tym sekundował marksizmowi, pojawia się postmodernizm, który nie chce tej rzeczywistości przekształcać, lecz po prostu wycofać się z niej. Postmodernizm nie jest formą sprzeciwu, lecz usiłowaniem przyswojenia sobie wszystkiego. Jednocześnie oznacza koniec sztuki i kultury. W połowie lat 90. wypowiedział pan słowa: "Widzieliśmy wyczerpanie modernizmu. Dziś widzimy wyczerpanie kultury".

Nigdy nie nastąpi koniec sztuki. Wszystko sprowadza się do kwestii, o której już mówiłem: uważano, że nie ma absolutnie żadnych kryteriów sądzenia. Tymczasem musimy mieć takie kryteria, ponieważ sztuka opiera się na koncepcji formy. Co jednocześnie oznacza przywiązanie do historii - historii poprzednich rodzajów sztuki. Musimy wydawać sądy dotyczące tego, w jaki sposób to, co robimy, pasuje dziś do całego kontekstu. Stwierdzając na samym wstępie, że wszystko jest sztuką, niszczymy wszystkie założenia, na których opiera się sztuka. Postmodernizm był projektem radykalnie antyoświeceniowym, gigantycznym atakiem na literaturę, sztukę i wszystkie formy nauki. Próba ulokowania go na lewicy czy na prawicy jest czymś absurdalnym. Jego istotę stanowiło połączenie antyintelektualnych, antypoznawczych elementów modernizmu z pochwałą konsumeryzmu - stąd atak na elitaryzm sztuki, próba zniesienia podziału między tym co wysokie i niskie, pochwała kiczu w jego wszystkich możliwych formach. Wszystko to zyskało jeszcze bardziej radykalną formę w świecie, gdzie elity utraciły jakiekolwiek poczucie spójności swych poglądów - ich brak zakorzenienia w tradycyjnej moralności czy tradycji liberalnej sprawił, że przestały dostrzegać granicę między tym, co dozwolone i niedozwolone. Dlatego poczuły tak wielką miłość do kulturowego i cywilizacyjnego anarchizmu, który postmodernizm zalecał.

Można więc powiedzieć, że żyjemy w świecie przywracania porządku. Panowała anarchia i dlatego musieliśmy znowu przywrócić normy. To nie tylko brzmi mało ekscytująco, ale na dodatek wywołuje pewnego ducha przesady. Obserwujemy dziś coś więcej niż powrót etyki, o którym pan wspomniał. Obserwujemy próbę nasycenia wszelkich dziedzin życia nakazami i normami moralnymi. Widać to na co dzień: jeszcze nigdy nie żyliśmy w świecie, w którym za niemoralne uznaje się rzeczy takie, jak palenie papierosów w miejscach publicznych czy zbyt kaloryczny sposób odżywiania. Etyka ma regulować dosłownie wszystko...

Być może. Pamiętajmy jednak, jakie konsekwencje miał postmodernizm. On wcale nie miał charakteru wyzwoleńczego. To był prąd skierowany przeciwko wszystkiemu, co naprawdę człowiekowi przynosiło wyzwolenie - np. przeciwko nauce. I taka postawa stała się właściwa nie tylko ludziom, których zwykle utożsamiamy z postomodernizmem, to poszło znacznie dalej. Nie mogę np. zapomnieć zaskakujących tekstów Václava Havla, który w newage'owym duchu twierdził, że koniec komunizmu jest jednocześnie świadectwem wielkiego kryzysu nauki. Trzeba naprawdę mieć bardzo dużo złej woli, by dostrzec w komunizmie projekt naukowy. Wystarczy przypomnieć los nauki w stalinowskiej Rosji, gdzie zarówno teoria względności, jak i genetyka były zakazane. O tym pamiętamy wszyscy. Ale jest coś bardziej istotnego: naukowcy tworzą wspólnotę, gdzie żaden z nich nie ma aż takiego autorytetu, by jego słowa uznano za prawdę. Wszystko musi być obiektywnie zweryfikowane, zgodnie z obowiązującymi procedurami. Nauka jest jedynym projektem prawdziwie wyzwoleńczym, jedyną permanentną rewolucją w dziejach ludzkości, ponieważ jej celem jest podważenie ustaleń dokonanych przez poprzedników.

W "Kulturowych sprzecznościach kapitalizmu" zwracał pan uwagę na wzrastające napięcie między ascetycznym duchem kapitalizmu a jego hedonistyczną realizacją w ostatniej fazie rozwoju systemu kapitalistycznego. Kapitalizm opierał się zawsze na gromadzeniu kapitału, który miał służyć pomnożeniu produkcji. Tymczasem teraz obserwujemy zupełnie co innego: chcemy mieć wszystko i to natychmiast. Ten konsumerystyczny element coraz bardziej zyskuje na znaczeniu - to oczywiste dla każdego. Jednocześnie, wbrew pana ostrzeżeniom, to wcale nie zagraża kapitalizmowi. Przecież kapitalizm odnosi zwycięstwo za zwycięstwem właśnie dzięki atrakcyjności swego konsumpcyjnego wzorca...

To prawda - dzisiejszy kapitalizm może funkcjonować tylko wtedy, gdy maszyneria natychmiastowego zaspokajania wszelkich potrzeb działa bez zarzutu. To absolutnie podstawowy warunek. I nie ma to nic wspólnego z ascezą kalwinizmu czy wczesnej myśli protestanckiej, gdzie dług był formą grzechu.

reszta artykułu



Strona gotowa do druku

Turcja w Unii Europejskiej? Koniec rojeń - protureccy liderzy na śmietniku historii

Autor: redakcja Dodano: wtorek, 10 lipca 2007 - 14:43 1796 raz(y) oglądano.
Członkostwo Turcji w UE
europa, izrael, polityka, turcjaI po zaręczynach?
Turcja i Unia Europejska oddalają się od siebie coraz bardziej
Na początku było czterech potężnych mężczyzn. Pewnego pochmurnego dnia w czasie fińskiej zimy szefowie rządów Schröder, Blair, Chirac i Berlusconi zaaranżowali swoje wymarzone małżeństwo.


Ich wolą było, by Europa i Turcja pobrały się, nierozerwalnie i z korzyścią dla wszystkich europejskich rodzin. Orient i Zachód zjednoczą się, europejska wspólnota wartości otworzy się także dla demokracji w muzułmańskim świecie, prosperować będą gospodarki wszystkich krajów. Na nalegania Turcji szefowie rządów europejskich oferowali jej w 1999 roku status kandydata, ale rozpoczęcie rozmów o przystąpieniu do UE przełożyli na 2004 rok. I tym samym zaczął się wielki chaos.


Dziś już nie ma czterech szefów. A tym samym żaden z wielkich europejskich fanów Turcji już o niczym nie decyduje. Zaś ich spadkobiercy traktują tę spuściznę, czyli zaaranżowane małżeństwo, dość bezlitośnie. Jeszcze podczas kampanii wyborczej nowy prezydent Francji Nicolas Sarkozy obiecał, że będzie walczyć przeciwko przystąpieniu Turcji do Unii. Powiedział wręcz: – W Europie nie ma miejsca dla Turcji. Kanclerz federalna Angela Merkel, gdy była przywódczynią opozycji, otwarcie opowiadała się przeciwko członkostwu tego kraju w UE i proponowała uprzywilejowane partnerstwo. Jako kanclerz chce jednak dochować zawartych umów, choć nie jest tym zachwycona. Pewne jest, że nie będzie niezbędnej jednomyślności rządów w sprawie otwarcia rozmów akcesyjnych z Turcją.

Jeśli popytać obywateli krajów unijnych, ich odpowiedź będzie dość jasna. Turcja? Lepiej nie. Minionej zimy zaledwie 39 procent mieszkańców UE popierało tę akcesję. Rzadko który polityczny plan tak szybko traci swoich fanów. Wielu zachodnich Europejczyków nie czuje już, że rozdmuchana na Wschód Unia jest ich domem. Nie czują, że są wśród swoich. A teraz na dodatek jeszcze Turcja? Dochodzi do tego rosnąca nieufność wobec islamskich krajów i kultur, z których być może przyjeżdżaliby terroryści i inne ciemne typy. Sama Turcja też zapewnia negatywne czołówki gazet: od kilku tygodni 17-letni Niemiec, Marco, siedzi w iście bliskowschodnich warunkach w tureckim więzieniu. Jego przypadek pokazuje, jak bardzo szwankuje jeszcze w tym kraju wprowadzanie zasad prawa UE. Jednocześnie w Turcji rozpoczyna się proces morderców dziennikarza Hranta Dinka, który musiał umrzeć za wolność swoich wypowiedzi. Nacjonaliści wypędzili z kraju pisarza Orhana Pamuka, ponieważ określił mianem ludobójstwa masakrę na Ormianach. Na turecko-kurdyjskim wschodzie i w wielonarodowej dzielnicy Berlina Neukölln niepokoją tak zwane mordy honorowe.

Wszystko to układa się w ponurą mozaikę absolutnie nieeuropejskiej Turcji. Bladną jasne części obrazu. Urlopowicze w Antalii, prosperujący handel, otwarcie kraju w minionych czterech latach nie doprowadziły automatycznie do większego zaufania. Oni do nas nie pasują – brzmi prosty wniosek.

Nastroje się zmieniły: czy nie dałoby się jakoś rozwiązać tego zaaranżowanego związku? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przyjrzeć się dwóm czynnikom. Po pierwsze zachowaniu Brukseli, a potem kipiącej walką wyborczą Turcji. W ubiegłym tygodniu Nicolas Sarkozy dał do zrozumienia, że Unia pójdzie w nowym kierunku. Zebrani w Brukseli ministrowie spraw zagranicznych chcieli otworzyć nowy rozdział w sprawie akcesji Turcji. Pod tym pojęciem rozumie się obszary tematyczne, w których Komisja UE oczekuje od Turcji reform, nowych standardów prawnych, mówiąc krótko – poziomu Unii. Może to być niezbyt spektakularna akcja, jeśli dotyczyć będzie modernizacji obór lub odnowienia statystyk. Jednak w przypadku Turcji istnieje specjalne uregulowanie: wszystkie rządy muszą zgodzić się na podjęcie kolejnego nowego tematu.

I tu do gry włącza się Sarkozy. Ministrowie spraw zagranicznych mieli na brukselskim szczycie otworzyć rokowania na temat unii gospodarczej i walutowej z Ankarą, jednak gdy prezydent Francji prewencyjnie zagroził swoim "non", punkt ten zniknął z porządku obrad. Z "przyczyn technicznych". Nieoficjalnie Paryż poinformował, że ten temat jest tabu, bo przybliża akces Turcji.

To nowość. Czy w trakcie rokowań o akcesji nie dyskutuje się o rzeczach, które przyspieszają ten proces? Dotychczas hamulcowym był tylko Cypr, ponieważ spiera się z Turcją o wzajemne uznanie. A teraz dołączyła Francja?

Nicolas Sarkozy zażądał, by na grudniowym szczycie odbyła się zasadnicza debata o stosunku do Turcji. Jego tajemnicą pozostaje, w jaki sposób chce się wycofać z rokowań o akcesji. Jasne jest tylko, że bez współpracy z tureckimi przeciwnikami Unii prezydent Francji raczej nie odniesie sukcesu.

Dalecy sojusznicy Sarkozy’ego w Anatolii przeżywają złote czasy. Od końca 2004 roku stosunek Turków do UE uległ znacznemu ochłodzeniu. Podczas gdy wtedy 67 procent uważało, że ich kraj powinien należeć do Unii, w listopadzie 2006 roku zwolenników przystąpienia było zaledwie 32 proc. W 2004 roku za dobrą sprawę uważało je 73 procent Turków, dwa lata później pogląd ten podzielało nieco ponad 50 procent – twierdzi German Marshall Fund.

Reszta artykułu tutaj



Strona gotowa do druku

Hassan Butt: Mój apel do przyjaciół muzułmanów

Autor: foxmulder Dodano: czwartek, 05 lipca 2007 - 10:26 1181 raz(y) oglądano.
Islam i demokracja
Obserwer 1 VII 2007r.

Mój apel do przyjaciół muzułmanów: Musicie wyrzec się terroru

Hassan Butt, były członek radykalnej grupy Al-muhajiroun, zbierający fundusze dla ekstremistów i wzywający do ataków na brytyjskich obywateli, wyjaśnia dlaczego był w błędzie.


Kiedy byłem wciąż członkiem czegoś do czego najprawdopodobniej najbardziej pasuje nazwa ,,brytyjska siec Jihadu" (BSJ), serii pół--autonomicznych brytyjskich islamskich grup terrorystycznych połączonych wspólną ideologią, pamiętam jak zwykle śmialiśmy się radośnie ilekroć ludzie w TV mówili, że wyłącznym powodem dla islamskich aktów terroru takich jak zamachy z 11 IX , zamach w Madrycie czy wydarzenia z 7 VII była polityka zagraniczna państw Zachodu.
Przez obwinianie rządu za nasze czyny, ludzie używający zwrotu ,,bomby Blaira" wykonywali propagandową pracę dla nas. Co więcej, oni także pomogli nam odwórcic uwagę społeczeństwa od prawdziwego stymulatora naszej przemocy : islamskiej teologii.

Piątkowa próba spowodowania masowych zniszczeń w Londynie za pomocą strategicznie umieszczonych samochodów-pułapek przypomina inne niedawne spiski brytyjskich muzułmańskich ekstremistów, w których mogli brac udział moi znajomi. I tak jak przy poprzednich atakach, społeczeństwo znowu wyraża opinię, że islamska przemoc jest związana jedynie z polityką zagraniczną. Na przykład , wczoraj w Radio 4 burmistrz Londynu ,Ken Livingstone , powiedział : ,,Jak wskazuje nasz wywiad, siłą sprawczą frustracji niezadowolonyvh młodych muzułmanów nie jest Afganistan , lecz głównie Irak." Odmówił też wtedy uznania roli islamskiej teologii w terroryzmie i powiedział, że Bractwo Muzułmańskie i wszycy, którzy udzielają religijnego mandatu zamachom samobójczym w Palestynie, są autentycznymi siłami w islamie.


Zostawiłem BSJ w lutym 2006, ale gdybym walczył dla niej dzisiaj, znowu bym się śmiał. Mohammed Sidique Khan , przywódca zamachowców z 7 lipca i ja byliśmy obydwaj częścią BSJ - spotkałem go dwa razy i chociaż dużo brytyjskich ekstremistów jest rozgniewanych zabijaniem Muzułmanów na świecie , tym co sprawiło, że ja i moi znajomi zaczęli planowac akty terroru przeciwko Brytanii , naszej ojczyznie i za granicą , było poczucie walki o stworzenie rewolucyjnego państwa, które przyniosłoby światu muzułmańską sprawiedliwośc.


W jaki sposób ta ciągła przemoc miała przybliżyc utopijny cel? Czemu muzułmańscy radykałowie usprawiedliwiają terror za pomocą ich religii? Nie ma tu zbyt wielu miejsca na wyjaśnienie wszystkich spraw z tym związanych, ale podstawą poglądów fundamentalistów jest dualistyczny model świata. Wielu muzułmanów zgadza lub nie zgadza się na sekularyzm, ale w tej chwili muzułmańska teologia, w przeciwieństwie do chrześciajańskiej, nie przewiduje rozdziału religii od państwa. Nie ma w niej ,,oddawania cesarskiego Cezarowi", bo państwo i religia to jedno i to samo. To wiekowe rozumowanie islamskich juristów także rozciąga się na świat gdzie relacje pomiędzy Dar ul - Islam ( Dom Islamu ) i Dar ul Kufr ( Dom Niewiernych ) są regulowane przez reguły tyczące się każdego aspektu handlu, pokoju i wojny.

Radykałowie i ekstremiści rozwijają tą teorię dwa kroki dalej. Krok pierwszy, to uznanie, że skoro nie ma islamskiego państwa, cały świat musi być Dar ul Kufr. Krok drugi: skoro islam musi wypowiedziec wojnę bezbożności, wypowiedzieli wojnę całemu światu. Wielu moich znajomych i ja byliśmy uczeni przez radykalnych brytyjskich i pakistańskich kaznodziejów, że uznanie całego świata za Dom Wojny (Dar ul-Harb) pozwala każdemu muzułmaninowi na na niszczenie świętości 5 rzeczy, które islam gwarantuje każdemu człowiekowi: zycia, własności, ziemi, myśli i przekonań. W Dar ul Harb dozwolone jest wszystko, wliczając w to zdradzieckie i tchórzliwe ataki na cywilów.

Rozumumienie świata jako pola bitwy było przyczyną fermentu wśród muzułmanów żyjących w Wielkiej Brytanii. Przez dekady radykałowie wykorzystywali starcia między teologią islamską i nowoczesnym świeckim państwem dla swej korzyści, przede wszystkim zaczynając debatę od pytania: ,,Czy jesteś muzułmaninem czy Brytyjczykiem?" Ale główną przyczyną, dzięki której radykałowie zwiększyli swoje oddziaływanie, jest to, że główne islamskie instytucje Wielkiej Brytanii nie chcą mówic o swojej teologii. Odmawiają zajęcia się trudnym i często skomplikowanym problemem przemocy w islamie i zamiast tego powtarzają jak mantrę, że islam to religia pokoju, koncentrują się na stosunku islamu do jednostki i mają nadzieję, że unikną debaty.

To zostawiło przestrzeń idei otwartą dla zawłaszczenia przez radykałów. Wiem to, gdyż jako dawny werbownik ekstremistów, za każdym razem, gdy władze meczetów zabraniały nam wstępu, odczuwano to jako moralne i religijne zwycięstwo.

Poza granicami Brytanii, są ludzie, którzy chcą odwrócic ten dwustopniowy rewizjonizm. Grupka uczonych z Bliskiego Wschodu próbowała okiełznac radykalizm twierdząc, że zasady wojny stowrzone przez islamskich prawników zawsze były powiązane z istnieniem islamskiego państwa, państwa które regulowałoby sprawy jihadu w sposób właściwy dla islamu. Innymi słowy, indywidualni muzułmanie nie mają prawa deklarowania globalnej wojny w imię jihadu.

Oprócz tego jest jeszcze poważniejszy argument, który uderzył mnie i wielu innych ludzi, którzy niedawno opuścili radykalne siatki islamskie, argument o wiele silniejszy, gdyż oznacza on wyjście z dogmatycznego paradygmatu i uznanie sytuacji na świecie: muzułmanie nie żyją już w dwubiegunowym świecie średniowiecza.

Jest faktem, że muzułmanie są obywatelami Wielkiej Brytanii. Nie jesteśmy już więcej imigrantami w Domu Niewiernych. Dla mojego pokolenia, urodziliśmy się tutaj, wychowaliśmy, chodziliśmy do szkoły, pracowaliśmy i tutaj zostaniemy. Co więcej, w nieznanej w historii skali, muzułmanie w Wielkiej Brytanii zyskali prawo do religijnej tożsamości poprzez ubiór, budowę meczetów, zakładanie cmentarzy i równośc wobec prawa.

Jednakże nie wystarczy powiedziec, że Muzułmanie czując się w Brytanii jak w domu po prostu zignorują wersety Koranu nakazujące zabijanie niewiernych. Poprzez odrzucanie zmierzenia się z wiekowymi teologicznymi argumentami, napięcia pomiędzy islamską teologią a współczesnym światem będą rosnąc z dnia na dzień. Będzie to trudne do przełknięcia, ale Abu Qutada - islamski uczony, którego palestyńscy terroryści, chcą wymienic na porwanego dziennikarza BBC Alana Johnstona - ma duże poparcie, gdyż jest niezwykle dobrze wykształcony i jego religijne wyroki są wysoko poważane. Jego opinie, z którymi się teraz nie zgadzam, mają wielką ważnośc w świetle kanonu islamu.

Odkąd opuściłem BSJ, wielu muzułmanów oskarżyło mnie o zdradę. Gdybym wiedział o nadchodzącym zamachu, nie miałbym zadnych zachamowań, by pójśc na policję, ale nieprawdą jest, że poszedłem do władz, tak jak to sugerowali niektórzy i zostałem informatorem.

Myślę, że kwestia terroryzmu zostałaby zdemistykowana, gdyby muzułmanie i niemuzułmanie zaczęli otwarcie rozmawiac o ideach, które napędzają terroryzm. (Muzułmańska wspólnota Wielkiej Brytanii musi się zbudzic ze stanu negacji i uznac, że nie jest wstydem przyznanie się do istnienia ekstremizmu w naszych rodzinach, społeczności i wśród naszych współwyznawców na świecie.) Jednakże do demistyfikacji nie dojdzie jeżeli jedynymi drogami kontaktu będą relacje między BSJ a siłami bezpieczeństwa.

Jeśli nasz kraj ma wziąc się za radykałów i ekstremistów, muzułmańscy uczeni powinni wrócic do książek i wystąpic z nowym zestawem reguł i świeżymi poglądami na prawa i obowiązki muzułmanów, których domy i dusze są trwale umieszczone, w czymś co nazywam Domem Koegzystencji. I gdy nowe obszary teologii zostaną otwarte, muzułmanie będą mogli wyzwolic się z przestarzałych modeli świata, zmienic reguły interakcji i byc może odkryjemy, że idea zabijania w imię islamu, to nic więcej niż anachronizm.





Strona gotowa do druku

Darfur wciąż umiera

Autor: redakcja Dodano: poniedziałek, 02 lipca 2007 - 13:44 986 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
To nieprawda, że świat jest bezradny wobec wojen domowych i plemiennych masakr w Afryce. Przeciwnie - w ciągu ostatnich kilku lat udało się zakończyć kilka krwawych konfliktów.

Za każdym razem wymagało to interwencji wojskowej z zewnątrz. Do maleńkiego Sierra Leone poleciało kilka tysięcy brytyjskich żołnierzy. W ogromnym Kongu - państwie wielkości połowy Europy! - wystarczyło kilkanaście tysięcy żołnierzy sił ONZ (z takich krajów jak Urugwaj i Bangladesz, ale także z Belgii, Francji, Polski i Holandii), żeby skłóconych watażków plemiennych zmusić do porozumienia. W Liberii wojnę domową zakończyła interwencja wojsk afrykańskich sąsiadów.

Oddziały międzynarodowe zawsze były nieliczne. Udawało im się rozdzielać i rozbrajać walczące strony dlatego, że za żołnierzami w białych i błękitnych hełmach stał autorytet zjednoczonej wspólnoty międzynarodowej - takich organizacji jak ONZ czy wspólnota zachodnioafrykańska ECOWAS. Równocześnie zachodni dyplomaci wywierali nacisk na lokalnych watażków, którzy żyli z wojny i nią kierowali. Jednym obiecywali miejsca w nowym rządzie (jak w Kongu), innym gwarantowali nietykalność za przestępstwa czasów wojny.

Taką obietnicę otrzymał np. Charles Taylor, prezydent Liberii, zanim udał się na wygnanie. Chociaż ręce miał po łokcie we krwi rodaków, negocjatorzy uznali, że w imię pokoju można zapewnić mu bezkarność i spokojną emeryturę (w czasie wyborów prezydenckich w 1997 r. Taylor reklamował się hasłem: "Zabił moją mamusię, zabił mojego tatę, ale i tak będę na niego głosował"). Taylor w końcu trafił do Hagi przed trybunał międzynarodowy, ale tylko dlatego, że nie dotrzymał obietnicy i próbował z wygnania angażować się w liberyjską politykę.

To nie jest idealny sposób na pokój. Siły międzynarodowe są zwykle zbyt wątłe, by od razu położyć kres wszystkim zbrodniom, negocjacje trwają latami, a wojenni mordercy często unikają kary. Jak dotąd nikt jednak nie wymyślił lepszego.

Dlaczego w ten sposób nie można zakończyć wojny w Darfurze?

kliknij tutaj aby wejść do galerii



Strona gotowa do druku

Gaza Hamasu.

Autor: redakcja Dodano: poniedziałek, 02 lipca 2007 - 13:41 689 raz(y) oglądano.
Konflikt izraelski
Takiego porządku, jaki dwa tygodnie temu zaprowadzili islamiści, nie było w Strefie Gazy od dawna. Skończyły się uliczne strzelaniny. Ale ten spokój długo nie potrwa

Osobliwe zjawisko można w tych dniach obserwować na plaży w Gazie: całe rodziny urządzają tu pikniki, grają w piłkę i kometkę, dzieci kąpią się beztrosko w morzu. Jest gwarno, po południu nawet tłoczno. Czyli prawie tak jak na większości plaż świata. Prawie, bo woda trochę śmierdzi, a na piasku wszędzie walają się śmieci. Ale na te mało istotne szczegóły szczęśliwi plażowicze z Gazy zupełnie nie zwracają uwagi.

Przez wiele miesięcy taka sielanka była niemożliwa. Zeszłego lata wojska izraelskie bombardowały Gazę, ponieważ palestyńscy bojownicy porwali izraelskiego żołnierza. Jesienią wybuchły uliczne walki między bojownikami dwóch największych palestyńskich partii: islamskiego Hamasu i świeckiego Fatahu. Plaża była z reguły pusta, odwiedzali ją tylko desperaci i najwięksi śmiałkowie. A kiedy walki nasilały się, pustoszały również ulice. Rodziny barykadowały się w domach, żywiąc się zgromadzonymi wcześniej zapasami.

Sytuacja nagle zmieniła się dwa tygodnie temu. Po kilku dniach intensywnych walk Hamas kompletnie rozbił swoich rywali z Fatahu, którzy dotąd kontrolowali palestyńską policję i wojsko. - Teraz zaprowadzimy w Gazie ład i porządek - zapowiadał 15 czerwca premier Ismail Hanija, jeszcze tego samego dnia odwołany przez prezydenta Mahmuda Abbasa, przywódcę Fatahu. Ale Hanija, choć zdymisjonowany, jest faktycznym władcą palestyńskiej enklawy, gdzie półtora miliona ludzi jest ściśnięte na malutkim obszarze między Izraelem, Egiptem a Morzem Śródziemnym.

I zgodnie z obietnicą zaprowadził tu ład i porządek.



Oddaj karabin albo proszę z nami

Dotąd w Gazie panowała kompletna anarchia: za dnia najspokojniej w świecie ulicami spacerowali cywile z kałasznikowami, a wieczorami rozwydrzeni chłopcy pędzili w samochodach, strzelając w niebo - dla postrachu lub na wiwat. Podobnych scenek nie można oglądać nawet w najgroźniejszym miejscu na świecie, czyli w Bagdadzie.

Co jakiś czas wybuchały gwałtowne uliczne strzelaniny między rodzinnymi klanami walczącymi o strefy wpływów lub dochody z przemytu broni z Egiptu. W takich przypadkach w ruch szły już nie tylko karabiny, ale granatniki, rakiety i moździerze. Policja, uzbrojona gorzej niż klany, wolała nie mieszać się do ich porachunków.

Gdy Hamas przejął rządy, wszystko to się skończyło. Legalnie broń mogą posiadać tylko tzw. Siły Wykonawcze, czyli nowa policja Hamasu. Zastąpiły cały dotychczasowy, rozbudowany aparat bezpieczeństwa Autonomii: policję, wywiad, wojsko i gwardię prezydencką. Wszystkie te stare służby, podobnie jak wszyscy cywile, zobowiązane są oddać broń.

Oczywiście są wyjątki. Nie muszą oddawać broni bojownicy Hamasu należący do tzw. Brygad Izzedina Kassama, co jest o tyle logiczne, że większość z nich wcielono do oficjalnych Sił Wykonawczych. Nie muszą też jej oddawać bojownicy Islamskiego Dżihadu, którzy nie mieszali się do bratobójczych walk, jak zwykle koncentrując się na odpalaniu rakiet na Izrael.

Ale pozostałym Hamas energicznie odbiera karabiny. Na każdym posterunku policji (obecnie Sił Wykonawczych) wisi ogłoszenie: "Wszystkich funkcjonariuszy palestyńskich sił bezpieczeństwa wzywa się do powrotu do służby. Nieobecni zostaną zwolnieni i muszą zwrócić broń. Podpisano: premier Ismail Hanija".


kliknij tutaj aby przeczytac resztę




Strona gotowa do druku

Jak Palestyńczycy wzięli się za łby. Andrzej Talaga w Dzienniku

Autor: Marcus_Crassus Dodano: poniedziałek, 25 czerwca 2007 - 23:23 864 raz(y) oglądano.
Wiadomości z Izraela
Hamasowcy mówią, że ich rządy to koniec tortur i ulicznych rozstrzeliwań. Nie wierzę im. Zapał do zmieniania świata na lepszy osłabnie, tak jak osłabł zapał talibów i irańskich rewolucjonistów - relacjonuje ze Strefy Gazy w DZIENNIKU Andrzej Talaga.


Obaj stoją po dwóch stronach barykady. "Źle ci u nas?" - mówi Hasan al-Dżumasi. "Nie, skąd, niebo a ziemia" - odpowiada przerażony więzień. Nafiz, wychudzony, koło czterdziestki, dobrze wie, że rządy Hamasu i nowy dyrektor więzienia Saraja w Gazie nie wróżą mu nic dobrego. Oskarżony jest o kolaborację z Izraelem - w oczach radykałów największe przestępstwo. A więzienny stryczek nieczynny od dawna, wkrótce znów zbierać będzie śmiertelne żniwo.

Hasan jak każdy hamasowiec brzydzi się kolaboracją. Właśnie z tego powodu milicja Hamasu uderzyła na zdominowane przez umiarkowany Fatah siły bezpieczeństwa w Gazie. W oczach islamistów uosabiały zdradę: dostawały broń i pieniądze od Izraelczyków i Amerykanów. A Hamas ma proste rozwiązania: Izrael należy zniszczyć, Amerykę należy traktować jak wroga.

Kolaborant z szubienicą w tle
Hasan al-Dżumasi prowadzi mnie do małego pomieszczenia z zapadnią, nad nią skręcona z grubej liny szubienica. Instruuje fachowo, jak działa: "Tu staje skazany, zakłada mu się szubienicę, dociska, potem ciągnie za dźwignię, zapadnia się otwiera. Trup".

Władze Autonomii Palestyńskiej pozbawiły tu życia kilku morderców, zanim Izrael nie zakazał im wykonywania wyroków śmierci. Zapadnia czekała bezczynnie, a jak Fatah miał z kimś porachunki, to załatwiali go "nieznani sprawcy". Nierzadko w biały dzień. Hamas nie ma zamiaru respektować dawnych porozumień z Izraelczykami i szubienica może znów wrócić do łask. A kto nadaje się bardziej do pierwszej pokazowej egzekucji niż kolaborant?

Tak naprawdę sprawa z Nafizem jest jednak bardziej skomplikowana, nie wiadomo dokładnie, co zrobił. Podobnie z innymi więźniami - siedzą, więc są winni, ale czego? Kiedy zaczął się szturm, policja Fatahu otworzyła cele i wypuściła większość osadzonych na wolność. Została może jedna szósta, ci bez pieniędzy i koneksji. Niektórzy z uwolnionych - lokalni gangsterzy, odwdzięczyli się swoim wyzwolicielom, wywożąc ich z Gazy. Ucieczka odbywała się w popłochu. Policja uciekając, wypruła więzienny sejf. Nietknięte pozostały tylko fiszki wypożyczanych lektur, można sprawdzić co, kto czytał, jak długo trzymał książkę, czy oddał nienaruszoną. Nie ma za to wyroków, apelacji, teczek z opisem sprawowania więźniów. Przy okazji bowiem fatahowcy podpalili lub zniszczyli akta i dokumenty.

W takiej sytuacji tylko o niektórych więźniach są w miarę pewne wiadomości. Skurczony czterdziestolatek w podartej podkoszulce - pedofil; załamany mężczyzna, który nawet nie podniósł głowy, gdy przyszliśmy do jego celi - zabójca żony; sześciu wychudłych chłopaków - narkomani. Skąd wiadomo, który co zrobił? Bo o ich winach opowiedzieli inni więźniowie, przy okazji zapewne przekręcając fakty i dorabiając swoje. Przynajmniej z narkomanami sprawa jest oczywista, gdy podchodzimy, rzucają się do kraty, błagając o działkę.

Komendant z przypadku
Al-Dżumasi jest spokojny. Czarna, gęsta broda - znak rozpoznawczy religijnego fanatyka, ale łagodne oczy psują ten wizerunek. Komendantem więzienia został z przypadku. Był najbardziej doświadczonym bojownikiem w oddziale, które je zdobył. Kazano mu zarządzać budynkiem. Nosi dopasowaną czarno-niebieską panterkę policji oraz policyjne oznaczenia na berecie. Hamas błyskawicznie przebrał swoich bojowników w rządowe uniformy, teraz nie są już partyjną milicją, ale funkcjonariuszami nowego palestyńskiego minipaństwa - Strefy Gazy. Tylko niewielu z nich nosi wciąż czarne stroje Brygad Kasam, zbrojnego ramienia organizacji. Z dnia na dzień jest ich coraz mniej. Rozsiadają się w fotelach, albo jako legalna policja penetrują teraz zaułki Gazy.

Komendant przejął biuro po swoim fatahowskim poprzedniku. Wystrój ten sam, ale zwyczaje już inne; aby osłodzić rozmowę, jego podwładni podają Mecca Colę, produkt rodem z Gazy. Receptura zerżnięta z coca -coli, ale lepsza, bo nasza, palestyńska. Typowe zjawisko w świecie islamu, gdzie coca-cola to symbol "amerykańskiego imperializmu" i gdzie bez ogródek sprzedaje się jej lokalne wersje. Popijamy "smak wolności" - tak głosi napis na butelce.

Hasan jest doświadczonym bojownikiem. Siedem lat w Hamasie, wcześniej trzy w Fatahu. Zmienił organizację, bo nie mógł znieść korupcji i upadku ducha. "Coraz bardziej liczyły się tam pieniądze, a nie walka" - mówi. Szanuje tylko jedną osobę - dawnego lidera Fatahu, zmarłego w listopadzie 2004 roku Jasera Arafata, człowieka-legendę, bohatera całego ruchu oporu przeciwko Izraelowi. Mówi o nim jak każdy Hamasowiec - Arafat był dobry, ale jego ludzie to zdrajcy. "Po śmierci Arafata władzę w Fatahu przejęła klika, która zaczęła jawnie kolaborować z Izraelem" - przekonuje.


reszta artykułu




Strona gotowa do druku

Wiadomości: Brytyjska poligamia

Autor: PERSZING Dodano: czwartek, 21 czerwca 2007 - 20:20 1662 raz(y) oglądano.
Europa i islam
Zmuszane do poligamii
W Brytanii muzułmanie mają po kilka żon
Bigamia jest niezgodna z brytyjskim prawem. Jednak rządowe statystyki pokazują, że ponad tysiąc muzułmanów ma więcej, niż jedną żonę – a wszyscy podatnicy ponoszą tego koszty.

Image Hosted by ImageShack.us



Etykieta dżihadu, czyli zasady zabijania

Autor: jarekw Dodano: wtorek, 19 czerwca 2007 - 08:48 1152 raz(y) oglądano.
Jihad i świeta wojna
Michael Moss i Souad Mekhennet

W miarę jak islamska przemoc narasta w wielu miejscach świata, etykieta dżihadu, czyli zestaw zasad regulujących i uzasadniających zabójstwa dokonywane przez bojowników, staje się coraz bardziej skomplikowana.
Siedzieliśmy w niewielkim domku w miejscowości Zarqa w Jordanii, starając się przeprowadzić wywiad z dwoma brodatymi islamskimi bojownikami na temat dystrybucji kaset wideo, służących do rekrutacji ochotników. Wtedy jeden z nas zadał o jedno pytanie za dużo.

"To Amerykanin?" - warknął gniewnie jeden z brodaczy. "Porwijmy go i zabijmy".

W pomieszczeniu zapadła cisza. Jednak zanim ktokolwiek zrealizował ten pomysł, zadziałała etykieta dżihadu. Nie można po prostu zarżnąć swojego gościa - tak nauczają mędrcy islamu. Potrzebujesz pozwolenia od tego, kto zorganizował spotkanie. A w tym przypadku osoba, która zaaranżowała nasze spotkanie odmówiła aprobaty.

"Jest moim gościem" - oznajmił Marwan Shehadeh, nasz miejscowy informator.

Ewolucja zasad

Etykieta dżihadu nie jest spisana i nie bez przyczyny. Jej interpretacja i praktyka jest tak samo zróżnicowana jak różne są cele grup ekstremistycznych. Jednak zasady te mają pewne wspólne elementy, które leżą u podstaw takich działań jak niedawny wysyp samobójczych zamachów bombowych w Algierii i Somalii, czy też zabójstwa poprzez ścięcie oraz podłożenia bomb dokonywane przez separatystyczne ugrupowania muzułmańskie w Tajlandii.

Część tych zasad pochodzi z Bliskiego Wschodu, gdzie, na przykład, egipski islamista Yusuf al-Qaradawi stwierdził, że zabijanie obywateli Izraela jest w porządku, ponieważ z uwagi na obowiązkową służbę wojskową nie są oni prawdziwymi cywilami.

Wojna w Iraku także zmienia tę etykietę. Zamachowcy-samobójcy, reprezentujący radykalne ugrupowania sunnickie i szyickie już od dawna są nazywani męczennikami - co pozwala na pominięcie znajdującego się w Koranie zakazu odbierania sobie życia, stawiając ponad nim zaszczyt śmierci w walce przeciwko niewiernym. Niektórzy bojownicy sunniccy zachęcają do zabijania szyitów, twierdząc, że nie są oni prawdziwymi muzułmanami.

Nie istnieje w tej sprawie żaden drukowany przewodnik. Zasady te są nieformalne, zgromadziliśmy je rozmawiając z bojownikami i ich przywódcami, islamskimi duchownymi i mędrcami w Jordanii, Syrii, Libanie oraz Anglii, a także z przedstawicielami wywiadów na Bliskim Wschodzie, w Europie i w USA.

Więcej



Strona gotowa do druku

Historia mojej podróży do Nieba

Autor: NeWave Dodano: poniedziałek, 18 czerwca 2007 - 13:18 1281 raz(y) oglądano.
Islam na świecie
Trochę rozrywki w ten czas kanikuły...

Prawdziwa historia mojej podróży do Nieba

Ali Sina

[www.faithfreedom.org]

Niniejszym chciałbym bardzo podziekować mojemu przyjacielowi w sieci, panu Malikowi Usmanowi, którego twierdzenie, że Mi’raj (podróż do Nieba) może być naukowo wytłumaczony, dodało mi odwagi, by wreszcie wyjść z ukrycia i spisać poniższą prawdziwą historię, która mi się kiedyś przydarzyła. Mój Mi'raj wydarzył się jakiś czas temu, ale zdarzenie to trzymałem w tajemnicy aż do dziś. Obawiałem się bowiem, że racjonaliści wyśmieją mnie. Ale teraz, kiedy wiem, że ktoś może naukowo udowodnić możliwość podróży do Nieba, już dłużej się nie obawiam. Nadal nie rozumiem naukowego aspektu Mi’raju, ale jestem pewien, że mój przyjaciel potrafi wszystko wyjaśnić.

[…]

Oto prawdziwa historia mojego Mi'raju.




Hubert Kozieł: Klęska planu Szarona

Autor: foxmulder Dodano: poniedziałek, 18 czerwca 2007 - 12:41 815 raz(y) oglądano.
Przyjaciele z Izraela
Odwrót ze Strefy Gazy miał w swych założeniach wzmocnić umiarkowany Fatah. Zamiast tego przyniósł on wymierne korzyści Hamasowi.

W języku hebrajskim istnieje przekleństwo: ,,lechi aza!”. Da się je przetłumaczyć zarówno jako: ,,idź do diabła” jak i ,,idź do Gazy”. W chwili obecnej przekleństwo to nabiera aktualności. Terroryści z Hamasu zdobyli całkowitą kontrolę nad Strefą Gazy i zaczęli budować na jej terytorium własną wersję emiratu Talibów. Upadł ostatni punkt oporu ,,pragmatyków” z Fatahu – rezydencja prezydenta Abbasa. Wziętych do niewoli obrońców rozstrzelano wśród wiwatów a na dachu budynku zawisł zielony sztandar. Zwycięscy ogłosili, że zostanie on przekształcony na meczet. Izraelscy wojskowi oceniają, że ich kraj stanął przed zagrożeniami większymi niż te wynikłe z ubiegłorocznej wojny przeciwko Hezbollahowi. Klęska jest większa, bo to Hamas odtąd będzie dyktował ,,społeczności międzynarodowej” warunki – to on jest panem sytuacji w Strefie Gazy. Klęska procesu pokojowego jest jednak klęską odniesioną przez Izrael, USA, UE, ONZ i umiarkowane państwa arabskie na ich własne życzenie.

Strategiczna klęska Szarona

Ariel Szaron padał często ofiarą krytyki ,,miłujących pokój” z całego świata. Krytykowano go głównie za jego czyny z lat 50. i 80. Oskarżano go o to, że zamiast tolerować palestyńskich terrorystów, każe do nich strzelać. To właśnie ,,awanturnicze postępki” Szarona taki jak likwidacja szejka Jassina miały poprowadzić do klęski procesu pokojowego. Nic bardziej błędnego. Do strategicznej klęski doszło, gdy Szaron zaczął realizować wymyślone w Waszyngtonie i Rijadzie inicjatywy pokojowe – przede wszystkim ewakuację osiedli ze Strefy Gazy.

Rok temu gen. Mosze Yaalon (wyrzucony z hukiem przez Szarona z funkcji szefa sztabu IDF, za sprzeciw wobec ewakuacji Gazy) powiedział w wywiadzie dla gazety “Haaretz”: ”Nie ma żadnych wątpliwości, że disengagement (plan pokojowy Szarona –dop. HK) upadł. Niepowodzenie było spowodowane tym, że był on oparty na chorej idei. Nie był on rezultatem głębokiej strategicznej analizy, ale rezultatem politycznej desperacji premiera Szarona”. Jego zdanie podziela były minister obrony Mosze Arens, który dodał że Izrael poprzez odwrót z Gazy poważnie zmniejszył swoją zdolność odstraszania wysyłając sygnał, ze terroryzm popłaca.

Opinie te zostały wygłoszone przy okazji zwycięstwa wyborczego Hamasu. Jednak już przed odwrotem Izraela z Gazy szereg ekspertów ostrzegało przed tym krokiem. W ich opinii wyjście armii izraelskiej z tego terenu doprowadzić musiało w sposób oczywisty do znaczącego wzmocnienia terrorystów. Rzeczywiście od tego czasu niemal nieustannie na miasto Sderot spadają wystrzeliwane przez Hamas rakiety Qassam. Nawet terrorystyczny rajd z terenu Strefy Gazy i porwanie kaprala Gileada Szalita nie doprowadziły do poważniejszej kontrakcji ze strony armii izraelskiej.


Były premier Izraela Ariel Szaron
Fot. WikipediaW międzyczasie, korzystając z panującego na tych terenach bezprawia, grupka miejscowych bandytów ogłosiła się filią al-Kaidy na tych terenach i nawiązała bliskie stosunki z egipskimi terrorystami z Synaju. Do Strefy Gazy bezkarnie przemycano broń, wydatnie wzmacniając arsenały terrorystów. Przybywali też tam bez większych problemów instruktorzy z Hezbollahu, irańscy i syryjscy agenci. Szaron i Olmert zrealizowali odwrót ze Strefy Gazy kosztem wielu wyrzeczeń: podzielonego społeczeństwa, zdemoralizowanej armii, strat finansowych i przede wszystkim poważnego osłabienia zdolności Izraela do odstraszania wrogów. Argumentowali, że w ten sposób Izrael odgrodzi się od terrorystów i przybliży perspektywę pokoju. Nie uzyskali nic w zamian poza stworzeniem tuż u granic Izraela enklawy opanowanej przez doświadczonych w walce i bezwzględnych islamskich fanatyków, z którymi wszelkie rozmowy są z góry skazane na klęske.

Odwrót ze Strefy Gazy miał w swych założeniach wzmocnić umiarkowany Fatah. Zamiast tego przyniósł on wymierne korzyści Hamasowi. Ewakuację osiedli Palestyńczycy przypisali nie dobrej woli Izraela, lecz uznali ją za efekt militarnego zwycięstwa Hamasu. Zwycięstwa tego Hamas jednak nie wywalczył – zostało mu podarowane przez Izrael i Zachód.

Już w trakcie ewakuacji hamasowcy zaczęli walczy przeciwko Fatahowi. Porywali się nawzajem, podrzynali gardła, ostrzeliwali rakietami i z kaemów. Oczywistym było, że Hamas chce przejęcia pełni władzy w Autonomii Palestyńskiej i prędzej czy później ją zdobędzie. Etapem do tego były wybory parlamentarne i utworzenie rządu Hanije. Następnie stworzono równoległe do prezydenckich siły bezpieczeństwa. Przed wyborami Mahmud Abbas alarmował, że tak potoczy się sytuacja i żądał wsparcia przy ,,rozwiązaniu algierskim” - czyli anulowaniu wyborów. Wsparcie takiego nie dostał. Co więcej, niektóre państwa europejskie (np. Norwegia) chciały (i czasem chcą nadal!) pomocy finansowej dla rządu Autonomii tj. Hamasu. ,,Gazeta Wyborcza” tuż po zwycięstwie wyborczym hamasowców na pierwszej stronie apelowała: ,,Dajmy Hamasowi szansę!”

Rządy ,,ludzi, którym należy dać szansę” były pasmem walk z ludźmi Abbasa, przerywanym od czasu do czasu przez kruche rozejmy. Urozmaiciły je min. próba zamachu na Abbasa i kontrzamach na Haniję. Aż wreszcie na początku czerwca hamasowcy rozpoczęli ofensywę na pełną skalę. Za pomocą granatników, rakiet i karabinów maszynowych przejęli wszystkie trasy komunikacyjne w Gazie oblegając punkty oporu przetrzebionego Fatahu i zrzucając co jakiś czas jednego z nich z dachu kilkunastopiętrowego bloku.

Obce ręce w konflikcie

Na ,,daniu Hamasowi szansy” najbardziej korzystają Iran i Syria. Decydenci z obu krajów są przekonani, że USA będą dążyły do siłowego rozwiązania problemu irańskiego programu nuklearnego. Uważają więc, że należy dokonać uderzenia wyprzedzającego. Robią to metodami właściwymi sobie – metodami pośrednimi. Frontami konfrontacji są: Gaza, Irak i Liban.

Na zaostrzenie się sytuacji w Libanie wpłynęła decyzja Rady Bezpieczeństwa ONZ o powołaniu specjalnego trybunału międzynarodowego ds. zabójstwa Rafika Harririego. W dzień ogłoszenia tej decyzji w Bejrucie aresztowano podwójnego agenta al-Kaidy i syryjskiego wywiadu. Przyznał się on, że miał za zadanie zorganizować zamachy terrorystyczne mające by ,,odpowiedzią na trybunał”. W jakiś czas potem na uczęszczanej przez żołnierzy UNIFIL plaży w Sydonie znaleziono silną bombę. Następnie doszło do zamachu bombowego na antysyryjsko nastawionego parlamentarzystę Walida Eido.

Dotychczas Syria wykorzystywała Liban jako bezpieczny front konfrontacji z Izraelem. Starała się przy tym nie dopuszczać do starć na Wzgórzach Golan. Po wojnie Izraela z Hezbollahem to się zmieniło. Syryjscy oficjele zaczęli się przechwalać, że stworzą własny Hezbollah na Golanie. W odwodzie, przy ewentualnej konfrontacji, stoi modernizowany przez Rosję i Iran syryjski arsenał rakietowy. Syria uznała, że obrona przeciwrakietowa może być piętą achillesową Izraela.

Błędy procesu pokojowego

Izraelsko-palestyński proces pokojowy od samego początku zawierał w sobie elementy, które przesądziły o jego klęsce. Arafat został dzięki niemu uratowany z politycznego niebytu. Po wojnie w Zatoce Perskiej był bojkotowany przez większość państw arabskich a intifada wygasała. Zaproszenie na konferencję w Madrycie było dla OWP jak zrządzenie niebios. Mimo to postanowiła ona wykorzystać proces pokojowy niemal wyłącznie do zainstalowania swej władzy na terytoriach palestyńskich i wzmocnienia arsenału przed kolejną intifadą mającą wymusić na Izraelu i Zachodzie dalsze ustępstwa.

Zarówno Izrael jak i USA ignorowały w imię procesu pokojowego korupcję, bandytyzm i przyzwolenie wobec działalności terrorystycznej w Autonomii Palestyńskiej. Co więcej pomagali terrorystom się zbroić. W 1996 r. około 30 ,,policjantów” z Autonomii odbyło kurs snajperski zorganizowany przez CIA za aprobatą min. Szimona Peresa. Każde twarde działanie Izraela wobec terrorystów było powstrzymywane przez międzynarodowe naciski. W efekcie po wybuchu drugiej intifady IDF zajmowało się głównie bombardowaniem pustych budynków czekając na instrukcje od polityków. Na twardsze postępowanie – tj. inwazję Zachodniego Brzegu. USA zezwoliły Izraelowi jedynie w celu spacyfikowania zaplecza przed atakiem na Irak. Wkrótce potem ogłoszono nieudany plan mapy drogowej, którego elementem był m. in. odwrót Izraela ze Strefy Gazy. Nie reagowano przy tym ,,dla dobra pokoju” wobec rosnącej potęgi Hamasu. I w ten sposób proces pokojowy doprowadził do śmierci pokoju.

Hubert Kozieł

Polskie Radio



Strona gotowa do druku

<   123456789101112131415161718192021222324344454647484   >

Możesz pobierać nasze niusy, używając pliku backend.php.