Wydarzenia ze świata :: Europa 21 - Archiwum :: Islam, Europa, lewica, prawica, Polska, Terroryzm, polityka, Izrael, Iran
_Loading


_LoadMsg1
_LoadMsg2
10-02-2012 - 14:16  
Europa 21 - Archiwum  
 
 

Archiwum wg daty


 < luty, 2012 > 
12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829

Informacja

Strona która oglądasz jest tylko archiwum materiałów z poprzednich lat i nie jest już aktualizowana. Jeśli chcesz wejść na obecny portal Europa 21 - z najnowszymi informacjami - kliknij tutaj

forum

OSTATNIE POSTY
wyświetl PostaBahaici w Iranie(0)
  kusztar
 dnia 23. Maj o godz. 14:54
wyświetl PostaUpadek Francji - czy...(3)
  1683
 dnia 28. Wrz o godz. 19:14

[Wejdź na Forum]

Online

Obecnie jest 11 gości i 0 użytkowników online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować tutaj

Temat: Wydarzenia ze świata

Teksty opublikowane w tym temacie.

<   123   >

Amerykańska misja

Autor: Karol_Młot Dodano: środa, 24 stycznia 2007 - 18:35 765 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
Dość tej demokratyzacji.Rozmowa z Francisem Fukuyamą
Amerykanie są znużeni naprawianiem świata i coraz więcej z nich życzyłoby sobie powrotu do tradycyjnego izolacjonizmu – zauważa słynny politolog Francis Fukuyama. W tej sytuacji ekipa Busha jest bardziej osamotniona niż kiedykolwiek. Problem w tym, że wojowniczy prezydent nie wyciąga wniosków i uparł się, by działać na przekór wszystkim.
Le Monde: Czy "nowa strategia" prezydenta Busha dla Iraku jest rzeczywiście nowa, czy to tylko stare metody podane w nowym opakowaniu?
Francis Fukuyama: To stara strategia zastosowana w nowych okolicznościach i dlatego nie może zadziałać. Polityka zaproponowana przez Biały Dom opiera się na przekonaniu, iż mamy w Bagdadzie pewien rodzaj demokratycznego rządu, wznoszącego się ponad religijne podziały i atakowanego przez różne religijne siły. Dlatego taki rząd należy wesprzeć militarnie. Tymczasem jest to błędne rozumowanie, gdyż rząd Malikiego jest stroną w religijnym konflikcie i reprezentuje jedną z grup walczących o władzę.Ukrytym celem planu George’a Busha jest rozprawienie się z klanem Muchtady Al-Sadra. Problem w tym, że ci ludzie to być może najsilniejsza grupa w całym Iraku. Trudno jest mieć przeciwko sobie tak dużą część społeczeństwa. reszta artykułu



Strona gotowa do druku

Bliski Wschód i prostytucja - zakupy za seks w Iranie

Autor: redakcja Dodano: wtorek, 23 stycznia 2007 - 13:48 1594 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
Transakcje między prostytutkami a właścicielami butików polegające na wymianie "ubrania za seks" mogą poważnie zwiększyć liczbę zachorowań na AIDS w Iranie.


Właściciel eleganckiego butiku oferującego szeroki wybór spódniczek mini i skąpych bluzeczek jest zbyt zajęty obsługą klientek, żeby wysłuchiwać kazania na temat wirusa HIV powodującego AIDS. - Nic mi o tym nie wiadomo. Możemy porozmawiać, jak skończę - odpowiada wolontariuszowi zajmującemu się edukacją zdrowotną.

Ochotnik, Amir Fattahi, wcale nie wygląda na zaskoczonego. Doświadczenie mówi mu, że nie jest świadkiem zwyczajnej transakcji. Domyśla się, że cztery młode kobiety próbujące dobić targu ze sprzedawcą są prostytutkami, które oferują mu usługi seksualne w zamian za tanie lub nawet darmowe ubrania. Transakcje takie stają się coraz bardziej popularne w teherańskich sklepach z modną odzieżą.

Pracownicy organizacji zajmujących się edukacją zdrowotną twierdzą, że praktyki tego rodzaju niweczą wysiłki na rzecz zwalczania AIDS w Iranie, gdzie wirus HIV jest coraz częściej przenoszony drogą płciową. Zgadzają się z urzędnikami służby zdrowia, że panujące dotąd surowe zasady dotyczące życia intymnego uległy w ostatnich czasach rozluźnieniu w raczej młodym społeczeństwie irańskim. Podjęto co prawda oficjalne działania mające na celu zapobieganie szerzeniu się choroby, ale pozostają one w tyle za polityką państw zachodnich w tej dziedzinie.

Specjaliści uważają, że walkę z AIDS utrudnia brak dokładnych danych na temat rozmiarów choroby w Iranie. Mimo że najnowsze źródła oficjalne podają liczbę 13 704 zarejestrowanych przypadków zakażenia wirusem HIV, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) i irańskie ministerstwo zdrowia szacują, że w rzeczywistości wielkość ta może mieścić się między 70 tys. a 120 tys. zarażonych osób. Eksperci twierdzą, że wielu młodych ludzi nawet nie próbuje poddać się testom na obecność wirusa we krwi, czy to z powodu nieświadomości, czy ze strachu przed rodzicami.

Oferta nie do odrzucenia

W zamożnej dzielnicy Tajrish na północy Teheranu znajduje się centrum handlowe Qaem, którego dwa piętra zajmuje modna odzież damska. Niektórzy sprzedawcy mający tam sklepy przyznają, że otrzymywali propozycje zapłaty seksem za ubrania. Dwudziestotrzyletni Arash mówi, że kobiety proponowały mu to jakieś 40 czy 50 razy. - Myślę, że około 50 proc. właścicieli sklepów przyjmuje takie oferty - dodaje.

Jego rówieśnik, Ahmed Reza, przyznaje, że zgadzał się na tego typu transakcje. - Siedziałem sobie przed sklepem, kiedy podeszły do mnie dwie kobiety mówiąc, że chcą poprzymierzać płaszcze - opowiada. - Poprosiły o zniżkę, więc zaproponowałem im standardowy upust. Odparły, że nie mogą zapłacić takiej sumy, ale jeżeli dam im jeszcze większą zniżkę i swój numer telefonu komórkowego, to odwdzięczą mi się w inny, bardzo przyjemny sposób. No to dałem im większy upust i wziąłem ich numery komórek.


reszta artykułu



Strona gotowa do druku

Wiadomości: Szkocja walczy z terroryzmem

Autor: Anonymous Dodano: piątek, 12 stycznia 2007 - 21:02 749 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
Po dwóch godzinach lotu rejsem W6 415 z Warszawy ukazuje się bajkowa kraina – Szkocja. Z Morza Północnego wyrasta pofałdowany teren, który urzeka wyjątkową zielenią. Po piętnastu minutach od przelotu nad Edynburgiem lądujemy w Prestwick koło Glasgow, tuż przy Oceanie Atlantyckim. Z wysokości lotu wydawałoby się, że niezwykła tradycja Szkocji pozostanie nienaruszona wobec jakichkolwiek procesów i wpływów. Okazuje się jednak, że islamscy radykałowie zapuścili w niej korzenie i zagrażają tradycyjnej ludności tej historycznej krainy.




Dwa dramaty

Autor: Anonymous Dodano: środa, 10 stycznia 2007 - 07:34 1100 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
W 1986 roku pracowałem jako inżynier mechanik w Algierii w mieśćie Annaba, dawna nazwa Hippona. Kiedyś z żoną postanowiliśmy zwiedzić piękną, nadal czynną bazylikę, w której na poczatku IV wieku nauczał biskup św. Augustyn.



Zderzenie cywilizacji na końcu historii - Ostatni ludzie to my

Autor: redakcja Dodano: wtorek, 09 stycznia 2007 - 03:12 1084 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
Dziennik

Slavoj Zizek, ur. 1949, filozof, publicysta. W latach 80. należał do środowiska zajmującego się rewizją i uwspółcześnieniem marksizmu. W swoich poglądach inspiruje się głównie psychoanalizą Jacques'a Lacana. W Polsce opublikowano m.in. jego "Wzniosły obiekt ideologii" (2001). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 36 z 9 września ub.r. zamieściliśmy jego tekst "Pięć lat wojny z terrorem".


Slavoj Zizek zastanawia się nad dzisiejszą kondycją ludzkości. Jego zdaniem mieszkańcy Zachodu przypominają Nietzscheańskich "ostatnich ludzi" - apatycznych, wyzutych z wszelkich autentycznych namiętności i pogrążających się w jałowym hedonizmie. Zachód ma obsesję na punkcie inności, którą jednak jest w stanie zaakceptować tylko pod warunkiem, że upodobni się ona jak najbardziej do niego samego. Frazesom o tolerancji towarzyszy zaostrzanie polityki imigracyjnej, a hasłom "otwartości na innego" - paniczny strach przed wybuchem prawdziwych namiętności. "Innego można tolerować, dopóki jego obecność nie jest nachalna, dopóki inny nie jest naprawdę inny. Tolerancja współwystępuje ze swoim przeciwieństwem: mój obowiązek bycia tolerancyjnym wobec innego w praktyce oznacza, że nie powinienem się do niego za bardzo zbliżać, ingerować w jego przestrzeń".

W opowieści hollywoodzkiej bogate tło historyczne to jedynie dodatek do tego, o czym naprawdę jest film - do podróży inicjacyjnej bohatera lub pary bohaterów. W "Czerwonych" rewolucja październikowa służy za tło dla pojednania kochanków w namiętnym akcie seksualnym. W "Dniu zagłady" gigantyczna fala, która zalewa całe wschodnie wybrzeże USA, jest tłem dla kazirodczego związku córki z ojcem; w "Wojnie światów" inwazja kosmitów daje Tomowi Cruise'owi szansę na odnalezienie się w roli ojca. W "Ludzkich dzieciach" Alfonsa Cuarona jest jednak inaczej - tutaj tło odgrywa główną rolę. W typowym hollywoodzkim filmie fantastycznonaukowym przyszły świat może być pełen nieznanych przedmiotów i wynalazków, ale nawet cyborgi zachowują się dokładnie tak samo jak my, a raczej jak nasi przodkowie w starych hollywoodzkich melodramatach i filmach akcji. W "Ludzkich dzieciach" nie ma nowych gadżetów, Londyn wygląda dokładnie tak samo jak teraz; Cuaron wydobył jedynie jego ukryty potencjał poetycki i społeczny - szarość i rozkład zaśmieconych przedmieść czy wszechobecność wideonadzoru. Film przypomina nam, że ze wszystkich dziwnych rzeczy, które umiemy sobie wyobrazić, najbardziej zwichrowana jest sama rzeczywistość. Hegel zauważył dawno temu, że portret jakiejś osoby jest do niej bardziej podobny niż ona sama. "Ludzkie dzieci" to film SF o naszej teraźniejszości.

Jest rok 2027, rodzaj ludzki stał się bezpłodny - najmłodszy mieszkaniec Ziemi, urodzony przed 18 laty, został właśnie zabity w Buenos Aires. W Wielkiej Brytanii od lat obowiązuje stan wyjątkowy, oddziały antyterrorystyczne ścigają nielegalnych imigrantów, władza państwowa zarządza kurczącą się ludnością, która wegetuje w warunkach jałowego hedonizmu. Czy te dwa elementy, hedonizm plus nowe formy społecznego apartheidu i kontroli opartej na strachu, nie stanowią cech definiujących dzisiejsze społeczeństwa? I w tym miejscu pojawia się przebłysk geniuszu Cuarona, który powiedział w jednym z wywiadów: "Wiele historii o przyszłości mówi o czymś podobnym do Wielkiego Brata, ale uważam, że jest to XX-wieczny pogląd na tyranię. Dzisiejsza tyrania stroi się w nowe przebrania. W XXI wieku tyrania określa się mianem >>demokracji<<". Dlatego władcy świata nie są Orwellowskimi "totalitarnymi" biurokratami w szarych mundurach, lecz światłymi, tryskającymi erudycją demokratycznymi administratorami, każdy ze swoim stylem życia. Kiedy bohater filmu odwiedza dawnego przyjaciela, teraz wysokiego urzędnika państwowego, aby załatwić specjalne zezwolenie dla uchodźcy, wchodzimy do mieszkania, które przypomina loft bogatej homoseksualnej pary z Manhattanu. Ubrany w swobodny sposób urzędnik siedzi za stołem ze swoim kalekim partnerem.

"Ludzkie dzieci" z pewnością nie są filmem o bezpłodności jako problemie biologicznym. Bezpłodność, o jakiej mówi Cuaron, została już dawno zdiagnozowana przez Friedricha Nietzschego, który zauważył, że cywilizacja zachodnia ciąży w stronę "ostatniego człowieka", apatycznej istoty bez większych pasji i zaangażowań: ostatni człowiek nie umie stawiać sobie wielkich celów, jest zmęczony życiem, boi się ryzyka, pragnie tylko wygody i bezpieczeństwa będącego funkcją powszechnej tolerancji. "Nieco trucizny kiedy niekiedy. Od czasu do czasu trochę trucizny: to darzy słodkimi snami. A w końcu dużo trucizny, aby mile zemrzeć umrzeć. (...) Ma się swą przyjemnostkę na dzień i swą przyjemnostkę na czas nocy; lecz zdrowie ceni się nade wszystko. (...) >>Myśmy szczęście wynaleźli<<, mówią ostatni ludzie i mrużą oczy" (przeł. St. Wyrzykowski).

Ostatni Człowiek nie chce, by mu przeszkadzać w snuciu marzeń i dlatego kluczowym słowem w jego mentalnym wszechświecie jest "molestowanie". Na swoim najbardziej podstawowym poziomie termin ten oznacza brutalne fakty gwałtu, pobicia i innych form społecznej przemocy, które oczywiście należy z całą bezwzględnością potępić. W ogólnym uzusie sens tego słowa niepostrzeżenie przesuwa się jednak w stronę potępienia wszelkiej nadmiernej bliskości innego człowieka, z jego pragnieniami, lękami i przyjemnościami.

Tolerancyjną postawę wobec innych, której domaga się dzisiejszy liberalizm, określają dwa wątki: z jednej strony szacunek dla inności i otwartość na nią, z drugiej obsesyjny strach przed molestowaniem. Innego można tolerować, dopóki jego obecność nie jest nachalna, dopóki inny nie jest naprawdę inny. Tolerancja współwystępuje ze swoim przeciwieństwem: mój obowiązek bycia tolerancyjnym wobec innego w praktyce oznacza, że nie powinienem się do niego za bardzo zbliżać, ingerować w jego przestrzeń. Innymi słowy, muszę uszanować jego nietolerancję dla mojej nadmiernej bliskości. Prawo do niebycia molestowanym, tj. do trzymania się na bezpieczną odległość od innych, powoli staje się podstawowym prawem człowieka w naszych społeczeństwach.

reszta artykułu



Strona gotowa do druku

Jak wygląda współczesny Iran?

Autor: redakcja Dodano: piątek, 01 grudnia 2006 - 03:28 1198 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
Kobiety okutane w czarne czadory i odseparowane od mężczyzn, tłumy wykrzykujące śmierć Ameryce i wznoszące modły do Allacha. Czy tak wygląda współczesny Iran? Bynajmniej.

Do Iranu warto wybrać się autobusem ze Stambułu. Ponad 40 godzin jazdy do Teheranu, 3 tysiące kilometrów i pierwszy kontakt z Irańczykami, którzy stanowią większość pasażerów. Przekraczając granicę turecko-irańską w Bazargan – Dogubeyazyt znajdujemy się w otoczeniu surowego krajobrazu górskiego, w którym wyróżnia się ośnieżony szczyt biblijnej góry Ararat i towarzyszący jej czarny kształt małego Araratu. Mimo środku lata tu wysoko nad poziomem morza panuje chłód. Granica, brodaci strażnicy i pustkowie. Wreszcie druga strona – irański Azerbejdżan. I znów góry, góry, góry. Oraz trzy wielkie portrety: ajatollaha Alego Chamenei, ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego i ówczesnego prezydenta Iranu hodżatoleslama Mohamada Chatamiego.

„Dirty people” – mówi mi współpasażer, młody Irańczyk z Tebryzu. Dwudobowa podróż autobusem Stambuł-Teheran to ciekawe doświadczenie. Niemal wszyscy pasażerowie na tej trasie to Irańczycy, a pojedynczy turyści z Europy mogą być pewni, że w czasie całej podróży spotkają się z ogromną życzliwością, gościnnością i zainteresowaniem. W autobusie panuje wesoła, całkiem frywolna atmosfera. Nikt nie pyta czy siedząca koło mężczyzny kobieta jest jego krewną, ani też dlaczego nie zakrywa włosów hidżabem. Chusty na głowach kobiet pojawiają się dopiero po opuszczeniu ostatniego przystanku przed granicą. Nikt też nie wznosi modłów, ani w autobusie ani w czasie licznych przystanków po drodze. Podróżni wolą raczej spędzać ten czas gawędząc, pijąc herbatę, dzieląc się uwielbianymi przez Irańczyków słodyczami oraz … krytykując rządzący reżim ajatollahów. Napotkani Irańczycy różnią się poglądami politycznymi ale jedno ich łączy – artykułowana bez najmniejszych oporów, głośna i zdecydowana krytyka rządzącego reżimu, Najwyższego Przywódcy, braku swobód obyczajowych oraz wszechobecnej korupcji i pauperyzacji narodu. – Nic nam nie mogą zrobić, przecież oni wiedza co naród o nich myśli – mówi Ali, wracający z Turcji do rodzinnego Tebryzu. Rzeczywiście, rozmawiając z ludźmi w Iranie widać wyraźnie, że gdyby reżim chciał pozamykać wszystkich Irańczyków, którzy krytykują władze to niewielu pozostałoby na wolności. Zamykają więc i mordują tylko tych, którzy postulują zmiany ustrojowe i ujawniają zbrodnie władz.

Wódeczka pod Teheranem

Na północ od Teheranu rozciągają się malownicze pasma gór Alborzu. Właściwie to Teheran wznosi się na górskich zboczach, rozpościerając się na poziomie od 1200 do 1700 metrów nad poziomem morza i wspinając się coraz wyżej i wyżej w miarę tego jak mieszkańców zaczynało gwałtownie przybywać. Podczas gdy 100 lat temu w irańskiej stolicy mieszkało zaledwie 250 tysięcy osób to obecnie w całej aglomeracji teherańskiej mieszka już 14 milionów ludzi. I są to przeważnie młodzi ludzie. Dlatego miasto tętni życiem: w górach i w „podziemiu”.

Góry są ulubionym miejscem wypoczynku Teherańczyków. W weekendy (tzn. czwartkowe i piątkowe wieczory) ścieżki Darbandu i Welendżaku (skąd rusza kolejka linowa na górę Toczal), niegdysiejszych okolicznych wiosek wchłoniętych przez rozrastający się Teheran, wypełniają się biwakującymi teherańskimi rodzinami, straganami ze słodyczami i przede wszystkim młodymi Irańczykami, którzy w mieszanym płciowo gronie, tu w górach, czują się znacznie bardziej swobodnie. W góry nie zapuszczają się bowiem patrole Basidżu, paramilitarnej formacji ochotniczej, pilnującej między innymi „obyczajności” na irańskich plażach czy ulicach, a złożonej w większości z ubogich i niewykształconych przybyszów z prowincji, dla których taka służba jest szansą na dorobienie sobie zarówno oficjalnie (pensje finansują instytucje religijne) jak i nieoficjalnie tj. z łapówek ściąganych od bogatszej młodzieży irańskiej przyłapanej na piciu alkoholu, randkach itp.

W górach wiele można. W zatłoczonych okolicach Darbandu czy przy stacjach kolejki linowej islamskie zakazy są jeszcze przestrzegane, choć im wyżej, tym widać coraz swobodniejsze zachowania. W okolicy znajdują się też liczne knajpki, w których można odpocząć pijąc herbatę i paląc chaljun (fajkę wodną). Niektóre „ogródki” wznoszą się na skalnych stokach wysoko, na kilkunastu nawet poziomach, gdzie można się zaszyć i robić rzeczy nie koniecznie dozwolone przez islam.

Na przykład pić wódkę. Jest piątek, świąteczny dzień w islamie, gdy pobożny muzułmanin powinien modlić się w meczecie, na szlakach górskich prowadzących jeszcze wyżej można natknąć się na liczne pikniki, często suto zakrapiane alkoholem. Wraz ze znajomymi z bogatszego, inteligenckiego, północnego Teheranu postanawiamy pójść na jeden z okolicznych szczytów – Chin Kalagh.. Wracając napotykamy biwak sąsiadów naszych irańskich przyjaciół, którzy po krótkiej wymianie zdań na temat Grzegorza Laty czy Zbigniewa Bońka zapraszają nas do swojego grona. Nie ma krzty przesady w stwierdzeniu, że piłka nożna jest narodowym sportem Irańczyków. Piłkarze są idolami nie tylko młodzieży i nie tylko mężczyzn, choć kobiety mają zakaz wstępu na stadiony, a mecze stają się często okazją do antyrządowych wystąpień.

Reszta artykułu tutaj




Strona gotowa do druku

Turcja i Unia Europejska - wizyta papieża Benedykta XVI w Turcji - wyzwania wobec których stanęła Europa.

Autor: redakcja Dodano: poniedziałek, 27 listopada 2006 - 18:25 2070 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
źródło - Polskie Radio

Tekst udostępniony dla portalu Europa XXI za zgodą autorów.


Wizyta Ojca Świętego w Turcji nie mogła przypaść na trudniejszy okres. Jeszcze jako kardynał Ratzinger, Benedykt XVI wypowiedział się bardzo jasno przeciwko członkostwu tego państwa w UE. Po wykładzie w Ratyzbonie, który omal nie stał się początkiem nowego, wielkiego konfliktu – stosunki Europy i świata islamu nadal pozostają napięte. Coraz ciemniejsze chmury zbierają się także nad negocjacjami Turcja – UE, które mają rozstrzygnąć, czy wśród członków Unii znajdzie się pierwsze państwo spoza kontynentu. Rząd Erdogana, choć pozornie umiarkowany, wyraźnie sympatyzuje z ugrupowaniami islamskimi, Unię i Turcję dzieli wciąż kwestia Cypru. Choć ostatnio tureccy dygnitarze i muzułmańscy duchowni ostro skrytykowali przemówienie papieża, jako „tworzące bariery” – sami niewiele robią, aby zmienić atmosferę w samej Turcji – gdzie ostatnio dochodzi coraz częściej do aktów agresji wobec chrześcijan, a prasa prezentuje nierzadko prześmiewczy i szyderczy obraz głowy Kościoła. O zagadnieniach związanych z tymi problemami, przyszłym rozwoju sytuacji z perspektywy Brukseli, a także o sprawach, które mogą dotyczyć bezpośrednio Polski rozmawiam z polskimi europarlamentarzystami: Konradem Szymańskim oraz Mieczysławem Janowskim z Grupy Unii na rzecz Europy Narodów.


28 listopada rozpoczyna się wizyta Benedykta XVI w Turcji. Czego można spodziewać się po tej wizycie? Wiadomo, że papież nie spotka się raczej z premierem Erdoganem. Jak zinterpretować to zachowanie? Czy ta wizyta może coś w Turcji zmienić? Czy może pomóc w budowaniu rzeczywistego dialogu?




K.S. To premier Erdogan odmówił spotkania i przywitania papieża Benedykta XVI w Turcji. Ten akt, jak i wszystko, co tę wizytę otacza, ukazuje prawdziwy obraz relacji chrześcijańsko-muzułmańskich i europejsko-tureckich. Są one najeżone sprzecznościami, których w przewidywalnej perspektywie czasowej nie uda się pokonać. Znaczna część islamu nie chce żadnego dialogu, a Turcja jest tylko na tle prawdziwych religijnych despotii krajem umiarkowanego islamu. Pielgrzymka Benedykta XVI do Turcji to godzina prawdy w tej sprawie.

M.J. Myślę, że należy nade wszystko dostrzegać religijny wymiar tej wizyty. Pamiętajmy, iż od pewnego czasu ma miejsce wymiana kontaktów przedstawicieli Stolicy Apostolskiej i Patriarchatu Konstantynopola, który pełni honorowy prymat nad prawosławiem. Oczekuję więc nowego otwarcia siostrzanych Kościołów w zapowiadanej, wspólnej deklaracji Benedykta XVI i Bartłomieja I. Jak wiem, oprócz oczywistych spotkań Ojca Świętego z katolikami (których w Turcji jest około 30-35 tysięcy) przewidziane są rozmowy z patriarchą Kościoła Ormiańskiego oraz metropolitą Kościoła Syryjsko-Prawosławnego, a także głównym rabinem Turcji.

To, że premier Turcji nie spotka się z Ojcem Świętym będzie raczej stratą dla Tayyipa Erdogana. Trudno dziś przewidzieć czy rozmowa z ministrem Alim Bardakoglu, który jest Wielkim Muftim Turcji, przyniesie poprawę relacji chrześcijańsko-islamskich. Może się do tego przyczynić. Oby! Nie sądzę, aby ta wizyta mogła być oceniana jako wyłącznie kurtuazyjna. To kontynuacja drogi podjętej przez poprzedników Benedykta XVI. Świat chrześcijański i, jak sądzę sam papież, oczekują od władz tureckich poszanowania prawa do wolności wyznania, do tego, aby chrześcijanie mogli korzystać z takich samych wolności w kwestiach wyznaniowych, jak muzułmanie – także Turcy – w państwach demokratycznych, również w państwach UE.

Ostatnio nad negocjacjami Turcji z UE zawisło „widmo” kryzysu związanego ze sprawą Cypru. Stanowisko Turcji wydaje się być niewzruszone. Jak zakończy się ten konflikt wg panów oceny? Czy górę weźmie solidarność z członkiem UE czy raczej „strategiczna” – jak to niektórzy ujmują - potrzeba kontynuowania rozmów z Turcją?

K.S. Unia postawiła sprawę jasno. Do 6 grudnia Turcja ma uznać Cypr zgodnie z wcześniej negocjowanymi protokołami. Nie wyobrażam sobie rozwijania relacji politycznych UE z krajem, który nie uznaje jednego z krajów członkowskich, a w przypadku drugiego – Grecji – prowadzi spór o zakres przestrzeni powietrznej. To nie jest jedyny problem z Turcją, ale jeden z ważnych.

M.J. Turcja musi zrozumieć, że nie da się pogodzić aspiracji do członkostwa w Unii Europejskiej z aneksją części terytorium Cypru. Uwzględniając wszystkie okoliczności i zaszłości historyczne, należy podkreślić, że problem ten, mimo wielu podejmowanych wysiłków, pozostaje ciągle nierozwiązany. Im dłużej istnieje sztuczny, w gruncie rzeczy, polityczny twór, jakim jest Republika Turecka Cypru Północnego (funkcjonująca jedynie dzięki zaangażowaniu Turcji), tym trudniej jest znaleźć akceptowalne przez wszystkich zainteresowanych wyjście z impasu, przywracające jedność Cypru, podzielonego na dwie, ciągle jeszcze wrogie sobie części. Od 1 maja 2004 roku tylko grecka część Cypru stała się członkiem UE. Turcja będzie więc musiała rozstrzygnąć kwestię istnienia nielegalnej republiki działającej pod jej kontrolą. W przeciwnym razie jej ewentualna akcesja może zostać zablokowana przez cypryjskie weto. Wierzę jednak w możliwość pokojowego zburzenia tego, ostatniego w Europie muru. Leży to bowiem nie tylko w dalekosiężnym interesie Cypru, Turcji oraz Grecji, ale również całej Wspólnoty Europejskiej.

Wizyta Ojca Świętego spowodowała wznowienie debaty nad tożsamością UE – czy jej przyszłość to luźna wspólnota gospodarcza czy może coś innego – a więc odpowiednik Stanów Zjednoczonych Europy. Jak w świetle tych dylematów oceniać tureckie aspiracje?


K.S. Tożsamość Europy nie zależy od silniejszych lub słabszych związków instytucjonalnych w UE. Opowiadamy się [członkowie Grupy Unii na rzecz Europy Narodów] za utrzymaniem komponentu międzyrządowego w Unii Europejskiej, za luźniejszym charakterem tej organizacji właśnie dlatego, że widzimy nasilające się różnice między krajami członkowskimi, które uniemożliwiają znalezienie wspólnego stanowiska w znacznej części spraw gospodarczych, czy zasad polityki zagranicznej, a także w sprawach aksjologii. Dowodem na ten ostatni rozdźwięk jest przegrana przez zwolenników tradycyjnej Europy debata o kształcie preambuły do traktatu konstytucyjnego. Jeśli nie możemy się zgodzić co do tak banalnej prawdy, jak to, że Europa wyrasta z chrześcijaństwa to znaczy, że nasza współpraca będzie zawsze w pewnym stopniu ograniczona.

M.J. Myślę, że warto tu sięgnąć do historii, do czasów, gdy zaczynała się materializować szlachetna idea ojców Wspólnoty, a zwłaszcza Roberta Schumana. Któż wówczas, krótko po straszliwej hekatombie II wojny światowej, mógł przypuszczać, że uda się tak mocno zintegrować różne kraje, w latach tejże wojny śmiertelnie wrogie wobec siebie. Na dziś i na najbliższe, dające się przewidzieć lata, wydaje się celowym zachowanie takiego modelu Unii, w którym poszczególne kraje członkowskie zachowują maksymalnie dużo swych atrybutów państwowości. Jednoczenie się kontynentu, jeśli ma wytrzymać próbę czasu, nie może być jednak ani narzucone, ani nagłe. Musi to również wiązać się z poszanowaniem tożsamości oraz odrębności kulturowych. To powinien być proces, który trwa. Tak jak z winem. Potrzebne jest dojrzewanie, by stwierdzić czy to jest szlachetny trunek, czy też tylko kwaśny ocet. Globalizacja i realna, niestety, perspektywa zapaści demograficznej w Europie może wymusić konieczność ściślejszej integracji wcześniej niżby się tego można obecnie spodziewać. Chrześcijański fundament (podkreślam: chrześcijański), otwarty na innych, mógłby być dla tego zjednoczenia znakomitym spoiwem. Poczekajmy.

Co mówi się w kuluarach europarlamentu o najbliższej przyszłości negocjacji UE – Turcja? Jakie są komentarze dotyczące ostatnich wydarzeń: czyli kwestii cypryjskiej, awantury między Turcją a Francją dotyczącej holocaustu Ormian, bardzo negatywnego wydźwięku ostatniego raportu KE? Czy politycy naprawdę widzą teraz Turcję wśród państw Unii? Czy – zgodnie z tym, co słyszymy coraz częściej – rozpoczęcie negocjacji było błędem? Jeśli rozpoczęcie negocjacji było błędem, to jak można wyjść teraz z tej niezręcznej sytuacji? Turcja stara się o członkostwo od lat. Przeszła ogromną drogę i po latach słuchania obietnic ze strony UE usłyszy „NIE”?


K.S. Negocjacje i dialog jest zawsze czymś dobrym. Nawet, jeśli Turcja nie będzie członkiem UE, to powinna pozostać ważnym partnerem Europy pod względem gospodarczym i militarnym. Atmosfera ostatniej debaty o Turcji wskazywała, że wiara w członkostwo Turcji w UE maleje. Podczas głosowania nad rezolucją otwierającą oficjalnie rozpoczęcie negocjacji członkowskich Turcji z UE wstrzymałem się od głosu – było to manifestacją miękkiego sceptycyzmu. Nie uważam byśmy jako Polska mieli obowiązek stawania w pierwszym szeregu oporu wobec wejścia Turcji do UE. Osobiście jestem temu [akcesji Turcji do UE] jednoznacznie przeciwny. Negocjacje mają zawsze otwarty charakter. Nikt się na to nie powinien gniewać. Ten okres starań był tak długi także dlatego, że Turcja marnowała całe dziesięciolecia nie umiejąc wybrać drogi reform, jakich Europa od niej oczekuje. Trzeba Turcji czym prędzej zaproponować poważną formułę wiązania się z UE, która będzie oparta na innym niż członkostwo fundamencie prawnym.

M.J. Różni politycy różnie widzą ten problem. Na pewno nie jest to sprawa łatwa i błaha. Turcja w obecnej strukturze UE, a zwłaszcza z kilka lat, wobec swej dominującej pozycji demograficznej stałaby się hegemonem. Groziłoby to nie tyle europeizacją Turcji, co islamizacją Europy. Oczywiście jest i druga strona medalu: skoro ileś lat temu złożono obietnice wstąpienia Turcji do UE (już 13 grudnia 1997 r. Rada Europejska potwierdziła w Luksemburgu, że Turcja jest kandydatem do przystąpienia do Unii Europejskiej i zaprosiła ją do przyłączenia się do konferencji europejskiej, zaś ostatnie zaproszenie do negocjacji miało miejsce 17 grudnia 2004 r.), to dziś trudno tak po prostu powiedzieć „nie”. Problemem są bowiem nie tylko wymienione sprawy: Cypr, rzeź Ormian z 1915 r. Widać wielkie różnice kulturowe, nieposzanowanie wolności religijnej itp. Z drugiej strony istnieją poważne obawy „wypchnięcia” tego kraju poza Europę, wejścia Turcji na drogę fundamentalizmu islamskiego. Są i tacy, którzy widzą interes wiązany: jak Turcja to i Ukraina. Myślę, że ciągle brak jest rzeczowej debaty na ten temat; zarówno u nas, jak i w innych krajach UE. Moim zdaniem, nie da się uniknąć referendów w tej sprawie, która przecież wymaga zgody państw członkowskich na zmianę Traktatu.

Zresztą, według ostatnich doniesień około 50 procent Turków jest przeciwko przystąpieniu ich kraju do UE, a ponad dwie trzecie opowiada się za zawieszeniem rokowań w tej sprawie, jeśli nadal będzie wywierana presja na otwarcie tureckich lotnisk dla cypryjskich samolotów

Zwolennicy i przeciwnicy Turcji straszą nas dwoma skrajnymi obrazami. Jedni sugerują, że odrzucona Turcja odejdzie od nowoczesności i zwróci się w kierunku fundamentalizmu i Bliskiego Wschodu. Drudzy – że przyjęcie Turcji to groźba rozpadu całej Unii. Czy wg panów któraś z tych wizji jest realna?

K.S. Przyjęcie Turcji osłabiłoby jej zdolność konsolidacji. I to nie musiałoby być złe. Ale stwarzałoby też ryzyko rozmieniania Unii na zestaw małych porozumień wewnętrznych, które Unię by odsunęły do lamusa historii. Tego trzeba uniknąć.

Co do groźby odwrotu od reform w Turcji, to muszą one się oprzeć o przekonanie własnego społeczeństwa co do ich sensu. UE nigdzie nie była czynnikiem sprawczym reform liberalnych – była jedynie ich kluczowym katalizatorem.

M.J. Poruszyłem już tę kwestię. Obie te wersje mogą się ziścić. Zmiany we współczesnym świecie są bardzo dynamiczne. Niestety, nie da się przeprowadzić eksperymentu.

Europa i Unia Europejska to jedno, a Polska to kolejna sprawa. Abstrahując nawet od innych poglądów, to czy w interesie Polski nie jest właśnie poparcie dla Turcji? Turcja to tak jak my, bliski sojusznik USA w Europie. Wobec coraz większych problemów z neoimperialnymi zachowaniami Kremla Turcja może okazać się kluczowym partnerem dla Polski w zakresie rozwiązania problemów energetycznych. Projekt „południowej rury” wciąż jest realny. Tak więc, nie oglądając się na inne kraje i Europę Zachodnią, czy nie powinniśmy właśnie zostać adwokatem Turcji w UE? Szczególnie, że wśród Polaków jest znacznie więcej sympatyków Turcji niż na Zachodzie?

K.S. W Polsce jest po prostu wielu zwolenników otwartej, szerokiej, poszerzającej się Europy. Polska nie ma żadnego powodu, by stać w pierwszym szeregu oponentów Turcji w UE, wręcz przeciwnie powinniśmy odegrać aktywną rolę w poszukiwaniu trwałych relacji UE z Turcją. Osobiście uważam, że członkostwo w UE do tego nie jest potrzebne, a niesie za sobą jednocześnie wiele problemów.

M.J. W doraźnym interesie, tak. Zauważmy jednak, że następuje pewne zbliżenie rosyjsko-tureckie. Nie można także pominąć interesów amerykańskich w tym regionie, zwłaszcza w kontekście Iraku oraz Iranu. Sprawa jest zatem zbyt skomplikowana, by nie oglądać się na wszystkie strony.

I jeszcze jedno pytanie na koniec: jak widzą panowie przyszłość rozszerzenia UE? Czy rozszerzenie jest w tym momencie korzystne dla Unii? Czy może należy na jakiś czas postawić u bram Europy szlaban? Ale w takim razie, co z Ukrainą? Gdzie postawić granicę i które państwa przyjmować? Pojawiły się już najróżniejsze koncepcje: od definitywnego zamknięcia UE na jakiś czas po przyjęcie nie tylko Turcji lub Ukrainy, ale także Maroka, Gruzji, lub nawet Rosji. Może zamiast UE potrzebna nam budowa gigantycznej strefy wolnego handlu?

K.S. Strefa wolnego handlu się rozszerza bez względu na rozszerzenie UE. Chociażby na gruncie WTO, ale także porozumień zawieranych przez samą UE. Więc nie ma mowy o tym, że ma ona być w zamian. Ona będzie i tak. UE powinna się rozszerzać, bo to służy jej randze międzynarodowej. Nam rozszerzenie wschodnie o Ukrainę i Gruzję jest potrzebne także ze względów geopolitycznych. Dlatego to dla Polski priorytet. Maroko i Rosja w UE to dziś pomysły ekstrawaganckie, których nikt poważniej nie dyskutuje.

M.J. W Unii trwa czas refleksji. Chociaż wiąże się on z tzw. „Konstytucja”, to warto go wykorzystać do pogłębionej analizy tych problemów. Odpowiadając na gorąco, uważam, że potrzebny jest pewien czas na „skonsumowanie” dotychczasowych rozszerzeń, może do końca perspektywy finansowej 2007-2013. Należy w tym okresie odpowiedzieć na szereg zasadniczych pytań dotyczących naszej cywilizacji euro-atlantyckiej. Przedstawione przez Pana kwestie winny się znaleźć pośród tych pytań.


Dziękuję serdecznie za rozmowę

Rozmawiał: Michał Wiśniewski




Strona gotowa do druku

Wiadomości: Iran - **przesadna ocena holocaustu**

Autor: Anonymous Dodano: poniedziałek, 04 września 2006 - 11:08 419 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
Władze irańskie zakomunikowały, że zamierzają kontynuować przygotowania do konferencji naukowej, na której poddano by naukowej ocenie "przasadną", ich zdaniem, ocenę zbrodni holokaustu.

O przygotowywanej konferencji Teheran przypomniał po tym, jak sekretarz generalny ONZ Kofi Annan podczas obecnej wizyty w Teheranie wyraził w rozmowach z irańskimi przywódcami zaniepokojenie z powodu otwartej w Teheranie wystawy karykatur na temat holokaustu.

reszta artykułu

Przedstawiciel radykalnej linii polityki islamskiej, prezydent Iranu Ahmud Ahmadineżad nazwał "mitem" ocenę, według której naziści zabili w II wojnie światowej 6 milionów europejskich Żydów i powiedział, że państwo żydowskie powinno być starte z mapy albo przeniesione do Niemiec, bądź do Stanów Zjednoczonych.

Te wypowiedzi spotkały się z potępieniem na całym zachodnim świecie. Rzecznik irańskiego ministra spraw zagranicznych Hamid Reza Asefi, oświadczył, że skoro holokaust jest ważną sprawą, w konferencji na jego temat powinni uczestniczyć zarówno ci, którzy nie wierzą w holokaust, jak i ci, którzy wierzą.




Strona gotowa do druku

Wiadomości: Włochy skracają drogę do naturalizacji. Czyli jak zostać Europejczykiem..

Autor: Anonymous Dodano: niedziela, 06 sierpnia 2006 - 20:23 382 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
Jak lewica we Włoszech zdobywa wyborców:





Wiadomości: Calderon wygrywa!

Autor: shapur Dodano: poniedziałek, 03 lipca 2006 - 10:07 374 raz(y) oglądano.
Wydarzenia ze świata
Po przeliczeniu 77,32 % Felipe Calderon wciąż ma 1 pktową przewagę nad lewackim kontrkandydatem - wrogiem USA i sojusznikiem Chaveza. Wciąż mniej głosów policzono w północnym, bardziej procalderonowskim Meksyku. Równiez z sondaży Marketing Politico, GEA-ISA, Beltran i ARCOP wynika od 2-4 pktowa przewaga i zwycięstwo Felipe Calderona.
ZARYZYKUJĘ TWIERDZENIE - WYGRAŁ CALDERON!
Równiez w Kongresie największą partią będą konserwatyści meksykańscy choć prawdopodobnie nie uzyskają bezwzględnej większości.




Strona gotowa do druku

<   123   >

Możesz pobierać nasze niusy, używając pliku backend.php.